messinmyhead

Kraina Zgryźliwego Tetryka

Archive for the month “Styczeń, 2012”

The Lord of The Beaks – czyli parę słów o Legends of the Owl Kingdom: The Guardians of GaHoole

Odkąd pamiętam zawsze żywiłem ciepłe uczucia do zwierzęcego fantasy. I nie wyzywać mnie tu od furryfagów, wy, którym internet już dawno zeżarł mózgi. Nie chodzi tu tylko o to, że zwyczajnie pasuje mi taka stylizacja. Zaprawdę powiadam wam, że dużo lepsze wspomnienia i inteligentniejsze morały zapamiętałem na całe życie chociażby z kierowanego do dzieci „O czym szumią wierzby” niż z jakiegoś ślepego Homera, czy innych „Dziadów”. Także m.in. „Pieśń Łowcy” Tada Williamsa do dziś plasuje się wysoko na liście moich ulubionych książek. O takich klasykach jak chociażby Kipling nie wspomnę… Długo tu wymieniać przykłady, tymczasem nie dalej jak rok temu całkowicie oczarowała mnie wizja sów w hełmach. Wróć! Przede wszystkim oczarowała mnie animacja. Nie pamiętam kiedy ostatnio jakiś trailer tak mnie zmiótł. Pomny jednak uniwersalnej prawdy, że nawet najgorszy gniot może mieć nalepszy trailer i nic więcej uznałem, że wypada przyjrzeć się dokładniej animacji w reżyserii Zacka Snydera zwyczajnie celem skonfrontowania pierwszego wrażenia z ostatecznym.

UWAGA TEKST ZAWIERA DROBNE SPOILERY ZA KTÓRE AUTOR SERDECZNIE NIE PRZEPRASZA!

I. Nazi sowy atakują! – autor rozwodzi się na temat meandrów fabuły.

Szumne to słowo meandry, albowiem, śmiem twierdzić historia jest tu prosta jak budowla z trzech na krzyż klockow LEGO. Bazuje na pierwszych trzech tomach serii powieściowej autorstwa Amerykanki Kathryn Lasky, koncentrujących się na fantastycznej epopei, ktorej to niemalże jedynymi bohaterami są upersonifikowane sowy. Nie dane mi bylo przeczytać żadnej z nich, wątpię nawet czy są w ogóle dostępne w naszym nieszczęsnym Polish raju. Z tego co mi wiadomo historia przedstawiona w filmie została względem pierwozoru dosyć okrojona (cóż spróbujcie w półtoragodzinnym obrazie upchnąć w pełni trzy książki, a jestem gotow wyrazić opinię, że wasza matka przespała się z Winrarem). Z racji wspomnianej nieznajomości powieści jestem zmuszony ocenić film na podstawie li tylko tego co widziałem, a co wcale złe nie było w moim odczuciu.

Powiedziałem na wstępie, że historia jest tu prosta, chodzi mianowicie o walkę ze złem. Nic nowego? Ano nic, ale spróbujmy to trochę rozwinąć…

Głównym bohaterem jest Soren, młoda płomykówka, marzyciel i idealista zafascynowany epckimi opowieściami o mitycznych strażnikach GaHoole, dzielnych sowich wojownikach, przed laty prowadzących zwycięską wojnę z siłami demonicznego ptasiego uzurpatora, Metalbeaka. Podejście do życia Sorena bezustannie krytykuje jego brat, Kludd, cyniczny, ambitny, zazdrosny o uwagę rodziców i całej reszty świata. Pewnego dnia niebacznie oddaliwszy się za bardzo od rodzinnego gniazda obie sówki zostają porwane i wraz z innymi podobymi sobie nieszczęśnikami osadzone w rodzaju akademii kształtującej jedynie słuszną wizję sowy jako nadgatunku. Ci ktorzy okazują opór wobec prania ptasiego móżdżku zostają zmuszeni do pracy fizycznej dla dobra systemu. Ulegli zaś wobec wizji siły, przyszłej potęgi i przestrzeni życiowej dostępują zaszczytu wstapienia w szeregi wojskowej formacji określanej jako The Pure Ones. Jak nietrudno się domyślić za wszystkim stoi Metalbeak planujący straszliwą zemstę na Strażnikach. Zaczyna się też pogłębiać widoczny od samego początku dystans między braćmi. Soren, wraz z nowo poznaną przyjaciółką, Gylfie probuje uciec, natomiast zainteresowany nowym środowiskiem Kludd wstępuje do Owljugend. Koniec końców bohater, kompletując po drodze drużynkę przyjaciół postanawia dotrzeć do Strażników i ostrzec ich przed niebezpieczeństwem.

I taka fabuła daje radę, naprawdę. Jakkolwiek mamy tu do czynienia z filmem przygodowym w każdym calu, w dodatku kierowanym raczej do młodszego widza (o tym za moment), warto też dostrzec jego drugie dno. Jest to bowiem również historia o dorastaniu i konfrontacji romantycznej wizji z rzeczywistością. Duża w tym zasługa chyba najlepszej postaci drugoplanowej, Ezylryba, starego, zgorzkniałego, tęskniącego za utraconą młodością dowódcy Strażników. Pełni on w filmie rolę mentora Sorena. To dzięki niemu młoda płomykówka, jakkolwiek nie wyzbywająca się swych ideałów, zaczyna rozumieć, że barwne opowieści o bohaterach w lśniących pancerzach często nijak się mają do prawdziwego obrazu wojny, gdzie zwykle brakuje miejsca na heroizm. Zostają jedynie co najwyżej poczucie spełnienia obowiązku i masa bolesnych wspomnień i ran fizycznych jak i psychicznych. Zdecydowanie tradycyjna relacja „uczeń – mistrz” została tu ukazana w zjadliwy, ciekawy sposób. Szkoda, że poświęcono jej w sumie niewiele czasu ekranowego. Wpłynęła z pewnością na mój pozytywny odbiór postaci Sorena, szlachetnej, lecz nie do urzygu. Młodzik pomimo wyznawanych ideałów potrafi też szybko spojrzeć trzeźwo na nową rzeczywistość. Jego dziecinna fascynacja bohaterami z legend przeradza się, w miarę postępu fabuły, w zasłużony szacunek poparty osobistymi doświadczeniami.

Pozostałe postacie jakkolwiek lekko stereotypowe dobrze uzupełniają pierwszoplanowy skład. Z początku nieśmiała i zalękniona Gylfie szybko staje się w drużynie głosem rozsądku i rozwagi. Lekko zwariowany wesołek Digger odpowiada za wniesienie do historii odrobiny humoru. Podobnie Twilight, sowi bard kochający grę na lirze, choć gdy zajdzie potrzeba potrafiący również nieźle przywalić. Generalnie nie swierdziłem obecności postaci na widok której wszystkim widzom face palm się w kieszeni otwiera, czyt. nie ma toposu Jar-Jar Binksa.

Żałuję za to, że stosunkowo mało głębi nadano szwarccharakterom, czyli temu co tygryski lubią najbardziej. W zasadzie na tym polu wyróżnia się jedynie Nyra, małżonka Metalbeaka. Bezwzględna, okrutna, świetna podżegaczka i manipulatorka, praktycznie zawsze spokojna i zimna jak zero absolutne. Użylbym określenia zimna suka gdyby nie to, że cały czas mówimy tu o ptaku. Nie ma co klimatyczna postać, czego niestety nie można powiedzieć o samym Metalbeaku, którego odebrałem jako ptasi miks Dartha Vadera z Adolfem na lewo czesanym. Dzidek jest zły bo ma być zły, koniec. Nic nie wiadomo o jego przeszłości, nie wiemy więc co dokladnie spowodowało jego quasi nazistowskie skrzywienie. O szeregowych członkach Pure Ones nie ma co wsopminać, stanowią bowiem armię klonów, aczkolwiek nie mogę im odmowić pewnej grozy, zwłaszcza w scenie gdy skandują imię swego przywódcy zaraz po jego płomiennej przemowie. Z kolei przemiana Kludda ze zwykłego dupka w prawdziwie bezwzględnego, gotowego na wszystko drania jest trochę mało wiarygodna przez swoją zbytnią umowność. Jednakowoż jest na pewno bardziej rozbudowana niż w wypadku „What Am I done?LOLZ” Anakina Bujającego W Obłokach.

II. Pióra, szpony, dziób na ścianie – autor zastanawia się, czy film aby na pewno kierowany jest do młodszego widza?

Nie staram się tu udowodnić, że jest dla dzieci nieodpowiedni, brońcie bogowie! Jeżeli my w dzieciństwie przeżyliśmy bratobójcze walki, ogarniętych rządzą władzy psycholi i piosenki o ogniach piekielnych i pożądaniu (wszystko to Disney kochane dzieciaczki!) to śmiem twierdzić, umysłów obecnego smarkatego pokolenia nie powinny stłamsić ani Nazi Sowy ani wyjątkowo realistycznie pokazana przemoc.

No właśnie przemoc. Nie jakieś tam wesołe trykanie się dzióbkami z okrzykami typu „Zło i tak przegra! Dobro zwycięży ojej!” Tutaj mamy jak najbardziej pełnoprawną mordoplastykę. Pierzaści wojownicy krzeszą iskry przy pomocy metalowych nakładek na pazury a nawet przytroczonych do łap mieczy (!). Wszystkiemu towarzyszą dynamiczne, soczyste ujęcia, przeraźliwe ptasie wrzaski, oraz tak charakterystyczne dla Snydera ujęcia w slow motion. Oczywiście nikt nie przasadził i nie zobaczymy tu rozpłatanych ptaszynek ciągnących za sobą girlandy jelit, oderwanych czerepów i fontann osocza… ups rozmarzyłem się. Pomimo tego jednak wyraźnie czuć kto i w jakim momencie obrywa solidnie po kuprze. W zasadzie gdyby nie ten brak krwi sowy spokojnie mozna by zastąpić naoliwionymi facetami z włóczniami w garściach co spowodowało by oczywiste deja vu. Dodajmy do tego kilka naprawdę mocnych, stosunkowo mrocznych scen m.in ucieczkę Sorena i Gylfie, konfrontację braci, czy wreszcie finałowe starcie. No i zakończenie, na pierwszy rzut oka niby wybitny happy end, słodziachno, cukiereczki, bombonierki and stuff… ale jednak w pewnym momencie dociera do nas, że tak naprawdę zło przegrałao tylko jedną batalię i jeszcze wróci. Być może silniejsze… To wszystko generalnie skłania mnie do odebrania LoOW jako pełnoprawnego animowanego filmu przygodowego, nie zaś przydługiej dobranocki.

III. I see all god damn feather! – autor rozwodzi się o wrażeniach wizualnych, tę część pisząc niemalże na klęczkach.

Nie da się bowiem powiedzieć o LoOW inaczej jak to, że ten film jest po prostu piękny. Animacja kładzie na łopatki, powala, zakłada nelsona i nokautuje w podskokach wszystkie te Avatary i inne śmoje boje jakie do tej pory widzieliście. Dość powiedzieć, że kiedy oglądałem na filwebie fotosy moja mama przchodząc obok spytała się mnie, czy to film przyrodniczy. Wydaje mi sie, że to mówi wszystko. Naprawdę, gdyby nie charakterystyczna mimika ciężko by było na pierwszy rzut oka nie pomylić bohaterów obrazu z prawdziwymi ptakami. Wybitnym ornitologiem nie jestem, ale stwierdzam, że bezbłędnie da się odróżnić tu płomykówki od puchaczy, czy sów mszarnych, śnieżnych itp. Jakość grafiki zaparła mi dech w piersiach, czuję, że to pierwszy od dawna film ktory chciałbym zobaczyć w 3D (ale prawdziwym 3D, nie przykładu praktyki z cyklu: „-Zrobimy Dwie Sceny W 3D I Zawyżymy Ceny Biletów! -O Kurde Stary Ty To Masz Łeb!”). Za samą scenę nauki latania w czasie deszczu należy się tworcom jeśli nie Oscar to przynajmniej sztabka złota z napisem „W podziękowaniu za zajebistą robotę.”

IV. Autor podnosi się z klęczek otrzepując kolana – reasumując…

Reasumując film jest zwyczajnie fajny. Fajny, przyjemny, nieskomplikowany, cholernie efektowny i relaksujący. Zapewnie nie znajdzie się na mojej liście top ten ulubionych obrazów, ale nie mogę mu odmówić spoej dawki uroku. Szczerze polecam, o ile nie widziecie nic szczególnie dziwnego w sowich bohaterach nieco bardziej skomplikowanych od Hedwigi.

Reklamy

Recenzja: BlazBlue-Calamity Trigger

BlazBlue – Calamity Trigger wyszło z pod rąk twórców GuiltyGear, Arc Studios. W wielu aspektach jest duchowym następcą wielkiego poprzednika. Po raz kolejny mamy zatem do czynienia z niezwykle dynamiczną, cholernie widowiskową bijatyką 2D w mangowej stylistyce. I jak mówię tutaj mangowej, mam na myśli mangowość w całej jej kolorowo włosowej i szerokokiej okazałości. W żadnej chyba grze nie mamy na starcie takiej masy postaci, motywów etc. kojarzących sięz kulturą popularną Nipponu. Odnoszę wrażenie, że przy kreacji fighterów ktoś z ekipy stał nad resztą z kapowniczkiem i odznaczał kolejne „ptaszki” – „Koleś z wielkim tasako-mieczem? Jest! Catgirl? Jest! Gothic Lolitka? Jest! Ninja Guy? Jest!” Początkowo byłem bardzo sceptyczny wobec uczestników tego teatrum, nie dostrzegałem w większości nic naprawdę ciekawego. Jak się okazało w wielu aspektach się myliłem.

II. Parszywa dwunastka – czyli z kim do boju?

Jako, że wojów mamy jedynie dwunastu postanowiłem ich po trochu opisać, aby każdy wiedział, czy znajdzie tutaj coś ciekawego dla siebie:

– Ragna -The Blood-Edge – Centralna postać gry. Koleś mógłby się odnaleść w roli głównego bohatera „Ściganego”. Nie wiedzieć czemu większość pozostałej obsady myśli tylko o tym, aby go dorwać. Cud, że wśród nich nie znalazł się Cloud Strife z Finala, którego Ragna najwyraźniej podpieprzył miecz i hairstyle. Ponurak z mroczną przeszłością, aczkolwiek ma zabawne momenty. Gameplay tą postacią jest ok, ponury żniwiarz ma sporo przyjemnych ciosów wybijających i niezły zasięg dzięki swojemu przerośniętemu nożowi do masła.

– Jin Kisaragi – Braciszek pana opisanego powyżej, acz na pierwszy rzut oka trudno byłoby się tego domyśleć. Różnią się kolorem włosów, oczu a także charakterem. Jak to w tego rodzaju produkcjach bywa bracia nie darzą się sympatią, a powód tego poznać można oczywiście w ich story modach. Przyznaję, że ta postac mnie zaskoczyła. Sądząc na pierwszy rzut oka spodziewałem się poważnego cool guy’a w stylu Sasuke Ucipy, tymczasem otrzymałem niezłego psychola, gardzącego wszystkimi poza nim samym i wpadającego często w irracjonalny szał. Z okropnym usposobieniem kontrastuje anielska buźka pięknolicego bishonena. Śliczny psychopata dzierży w dłoniach stylizowaną katanę, potrafi się też posługiwać żywiołem lodu. Jakkolwiek postać wzbudza we mnie antypatię to muszę przyznać, że gra się nim bardzo przyjemnie. Błyskawiczne ciosy i spora zwinność w połączeniu z możliwością chwilowego zamrożenia przeciwnika dają świetne rezultaty.

-Noel Vermillion – Biedna dzieweczka. Podczas rozgrywania kolejnych story mode’ów można odnieść wrażenie, że każda, absolutnie każda z pozostałych postaci ma do niej jakieś wąty. Pierwsze co przyszło mi na myśl gdy ją zobaczyłem było „Ona prawie nie ma cycków”. Fakt, jak na mangową panienkę dziewczę zostało zadziwiająco niekanonicznie pozbawione charakterystycznych dla tej stylizacji sporych airbagów. Rekompensuje to graczom pokazując w czasie powietrznych ewolucji majtki koloru najbielszej bieli (wiadomo, Japonia…). Panna Vermillion, lepiej znana jako Deska zabiera w bój dwa pokaźnych rozmiarów guny, z których to napierdziela z wielką gracją, a także używa ich w charakterze pałek. Jeden z jej speciali w całości polega na tym, że Deska wyciąga spod spódnicy działo obrotowe wielkości mercedesa i przerabia wroga na sito rzeką ołowiu. Gdzie chowa tę armatę wolę nawet nie myśleć. Nie grałem nią zbyt wiele.

– Litchi Faye Ling – Ta pani dla odmiany ma czym oddychać, co z resztą zauważają też często inne postacie. Zapewne z racji jej wdzianka, które więcej pokazuje, niż zasłania. Litchi z zawodu jest lekarzem, czy innym naukowcem. Well wnioskując z tego co widzę Japończycy mają dziwne wyobrażenie na temat naukowców. Ale jeśli rzeczywiście także i takie osoby występują w naukowym światku to nie ma bata, robię doktorat. Pani Ling na aparycję kojarzy mi się lekko z Bayonettą. Te same frywolne okulary i długie włosy. Tylko ten strój zncznie mniej groteskowy niż w wypadku długonogiej Baby Jagi. Przynajmniej w moim odczuciu. W walce doktórka z wprawą posługuje się kijem, który gwarantuje jej fantastyczny zasięg.

– Bang Shishigami – Wspomniany Ninja Guy. Charakterystyczną bliznę na twarzy zajumał najwyraźniej Scarowi z Alchemista (tutaj dygresja – jaka, powtarzam jaka do cholery broń zostawia blizny w kształcie iksa?) natomiast fryza Mitsurugiemu z Soul Calibura. Dodatkowo wszystko wskazuje na to, że zanim olał studia i został ninja trudnił się pracą buowniczego, na plecach nosi bowiem stale gigantyczny gwóźdź. Ów hufnal jest przez niego wykorzystywany w jego Astral Finish (o których to powiem później) Jego goła klata o powierzchni kuchennej stolnicy, z którą to cały czas się obnosi wpędziłaby w kompleksy wszystkich stałych bywalców siłowni, którzy do tej pory wyhodowali sobie najwyżej zakwasy. Twierdzi, że walczy w imię miłości i sprawiedliwości. Or something like that, ogółem dosyć zabawny gość. Wszystko co robi stara się robić epicko (polecam przyjrzeć się jego animacjom tuż przed walką) acz jest w jego postaci sporo luzu i trudno jego pompatyczne, zawadiackie odzywki traktować poważnie. W walce prezentuje sobą balans zwinnosci i siły. Walczy głównie wręcz, potrafi rzucać szurikenami, kunajami, ciupikenami i całym tym stuffem znanym miłośnikom przygód pewnego blondyna w pomarańczowym dresie. Żeby było śmieszniej jeden z jego speciali łudząco przypomina przechodzenie w mode super Sayana, czy innego Vegety. Bang zaczyna się żarzyć żółtym światłem, wyskakuje w powietrze w cool pozie, jego ciosy stają się potężniejsze, a w tle zaczyna przygrywać muzyczka łudząco podobna do openingu Dragonball Z. Like it!

– Taokaka – Ok. Zakochałem się, przyznam się bez bicia ta postać podbiła moje serce. Catgirl odziana w jedynie w czerwone majteczki i kurtkę z kapturem z pod którego widać zawsze jedynie czerwone oczy i zębaty uśmiech. Dodajmy do tego ręce ukryte w nieproporcjonalych rękawach stylizowanych na kocie łapy, wysuwane stalowe pazury, mnogość kocich, bądź inspirowanych kotami zachowań, tragiczną wręcz lekkomyślność, głuptaskowatość i uroczą prostolinijność oraz obsesję na punkcie jedzenia,       a dostaniemy wyborną mieszankę. Wszystko w tej postaci gra. Jej zachowanie, story, dialogi z innymi postaciami, animacje przed walką i po wygranej bawią do łez, a szalone, dzikie ciosy i comba połączone z nieprawdopodobną szybkością i zwinnością gwarantują maksymalnie efektowną walkę. Grając nią, i poznając jej historię miałem bezustanny szeroki uśmiech na pysku. Bezapelacyjnie moja ulubiona postać.

– Carl Clover – rachityczny, na oko dwunastoletni chłoptaś o błękitnych oczętach i blond włoskach, odziany w gustowną fioletową pelerynkę i tegoż koloru cylinder rodem z rumuńskiego bazaru. Ten aniołek nie kupuje sobie zabawek, lecz przeciwnie, tworzy je sam. W fałdach płaszczyka skrywa przeróżne dziwaczne mechanizmy, ostrza, drewnianych rycerzy i inne dziwa, którymi razi przeciwnika. Równieśnicy zapewne się z niego podśmiewują za plecami, Carl bowiem nigdy nie wyrósł z zabawy lalkami. Stale wlecze za sobą ludzkich rozmiarów marionetkę imieniem Nirvana. Ta wbrew imieniu nie ma nic wspólnego z buddyzmem ani tym bardziej z utworami Cobaina. Zamiast tego ma nienaturalnie długie ręce zakończone ostrymi pazurami, którymi to rozdaje kułaki na lewo i prawo wspomagając Carla w walce. Na tym też polega filozofia efektownej gry tą postacią. Standardowo sterujemy tylko Carlem, zaś osobny klawisz służy przebudzeniu nieruchomej na początku walki marionetki, pod którą podpisano zupełnie inny zestaw ciosów i combosów. Umiejętnie sterując tak małym lalkarzem jak i jego pomocnicą można osiągnąć ciekawe rezultaty (sam widziałem na youtube gameplay gdzie gracz tak umiejętnie ustawił Carla i Nirvanę naprzeciwko siebie i używał na obojgu ciosów wybijających, że cała walka przypominała grę przeciwnikiem w siatkówkę). Sam jednak nie potrafię tego dobrze opanować. W moim mniemaniu obserwowanie wszystkiego na ekranie i jednoczesne efektywne przeskakiwanie między chłoptasiem i lalką jest na tyle niewygodne, że zwyczajnie się w tym gubię. W efekcie postać nie podbiła mego serca. Natomiast gdy ma się go za przeciwnika wystarczy go odpowiednio wywabić na drugi koniec planszy w celu odseparowania go od jego Barbie. Wówczas spokojnie można skopać mu buźkę bez żadnych kłopotów. Cienias. Na dodatek wierzy, że lala zawiera duszę jego siostry. Gratulacje, psychiatryk gwarantowany.

– Arakune – Średnio polubiłem gameplay tą postacią, za to towarzyszący mu klimat i otoczka miażdżą. Generalnie jest on czarnym workiem z cholera-wie-czego wypełnionym cholera-wie-jak-zmutowanymi-robalami. W czasie walki z pomocą tych insektów i ogólnej zdolności do zmiany kształtu Arakune materializuje na swoim ciele różnego rodzaju odnóża, kleszcze, szpony, paszcze z ostrymi zębami i tym podobne przemiłe zabawki. Potrafi też na chwilę zniknąć i pojawić się tuż za przeciwnikiem, stać się niewidzialnym, zawisnąć na moment w powietrzu. Cechuje go dziwny sposób mówienia (tak jakby zaczynał każde słowo do połowy i nie kończył) i wybuchanie szaleńczym śmiechem. Tutaj mała uwaga, warto znaleść w opcjach osobny dinks włączający napisy z kwestiami przedziwnego stwora. Nie wiedzieć czemu standardowa opcja włączająca napisy w czasie dialogów nie pokazuje ich w pełni w wypadku wyżej wspomnianego a wierzcie, że bez nich nie zrozumiecie z jego kwestii nic a nic. Gość jest creeeeepyyy… a ja ogółem lubię creepy things. Mimo to jakoś nie gram nim zbyt często.

– Iron Tager – Coś dla fanów cięższych postaci. W zasadzie Tager jest jedynym takim typem w tej grze. Jeśli ciepło wspominasz Potemkina z GuiltyGear, a w Street Fighterze często mierzysz się z innymi jako Zangief, czy inny klocek polubisz i czerwonoskórego olbrzyma w żółtych okularkach. Szczerze się przyznam, że niewiele więcej o nim moge napisać poza tym, że jest chodzącym czołgiem. Nie przepadam za tym typem postaci. Klockowatość i brak jakiejkolwiek zwinności skutecznie zraziła mnie do tego pana. W efekcie do tej pory zagrałem nim jeno raz i nie wspominam tego miło.

– Rachel Alucard – Czerwonoka gothic lolitka z blond kucykami i poważnym spojrzeniem. Nazwisko jednoznacznie kojarzy się   w pewnym krwiopijcą lubującym się w czerwonych płaszczach i pomarańczowych lenonkach. Skojarzenie okazuje się jak najbardziej słuszne, Rachel jest bowiem najprawdziwszą wampirzycą. Myliłby się jednak ktoś podejrzewając, że dzieweczka będzie na ekranie wbijać kły w szyje adwersarzy jak to zwykła czynić nijaka BloodRayne. Zamiast tego Rachel idzie zawsze do walki w towarzystwie swych sług, ogromnego kocura imieniem Nago i tłustego, czerwonego nietoperza o imieniu Gii. Dwójka ta, jakkolwiek traktowana jest przez kapryśną panienkę bez najmniejszych śladów jakiegokolwiek szacunku wiernie podąża za nią krok w krok i w czasie walki transformuje się w różnego rodzaju narzędzia mające na celu wyrządzenie porządnego zaziu. Np. po wyskoczeniu w powietrze Nago, który standardowo zamienia się w trzymaną przez Rachel parasolkę w jednej chwili może zmienić się w kowadło, w iście kresówkowym stylu spaść przeciwnikowi na łeb i zanim ten się podniesie zmienić się szybko w krzesło elektryczne i porazić wroga prądem. Przyznaję, że także w wypadku tej postaci byłem zaskoczony. Nie sądziłem, że gameplay nią przypadnie mi do gustu. Tymczasem naprawdę z wielką uciechą zacząłem oglądać jak w czasie walki w zasadzie wszystkie razy zbierają na siebie Nago i Gii. Rachel zaś nie przejawia w tym czasie najmniejszych emocji. Nawet jej animacja po przegranej walce wygląda tak, że kocur i nietoperz leżą na ziemi pokiereszowani, ona zaś po prostu siada na nich ze znudzoną miną jakby przegrała co najwyżej partię szachów. Ogółem klimatyczna postać.

– Hakumen – Cybernetyczny samuraj, do tego człowiek bez twarzy, ta bowiem zasłonięta jest cały czas białą maską bez otworów na oczy i usta. Uzbrojony jest w mieczysko podobne nieco do zabawki Sephirota. Nie wiadomo czy leczy sobie długością tego scyzoryka jakieś kompleksy. Cechuje go chęć niszczenia zła wszelkiego, szczegolna zdolność do obrażania wszystkich naokoło         i zamiłowanie do patetycznych tekstów (I’m a cold steel! I’m sword! I’m Hakumen! – brakuje tylko „And I’ll fuck you in your ass!”) Wedłóg fabuły gry Hakumen należał do jakiejś legendarnej grupy Six Heroes, co to ponoć byli swego czasu największymi kozakami na dzielni. Nie ufałbym jednak tym osądom, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że do tej grupy należy też gadający kot z kataną (Japonia…). W mojej opini Hakumen jest dosyć specyficzną postacią. Nie umiem nim grać zbyt efektywnie ( dla mnie mógłby być ciut zwinniejszy) natomiast gdy mam go za przeciwnika często zbieram ostre baty. Trzeba oddać ponurakowi, że wyposażono go w naprawdę mordercze speciale, na które to wpływ ma mały „myk”. Reszta postaci żeby aktywować kilka potężniejszych speciali musi wpierw sklepać dobrze przeciwnikowi buźkę by podładować widoczny u dołu ekranu pasek Heat. Hakumen (i tylko on) zamiast tego posiada pasek energii Magatama, która… ładuje się sama. Wystarczy chwilę poczekać aby Magatama skoczyła do trzeciego levelu (maksymalnie jest ich osiem) żeby wyprowadzić zaraz jeden po drugim naprawdę wymiatające ciosy. To chyba wystarczy żeby nooby różnorakie okrzyknęły go przekoksowaną postacią, ja takowej rzeczy mimo wszystko nie stwierdziłem. Dodatkowo gość ma świetne seyuu, idealnie oddającego jego charakter. Jak żyję mógłbym słuchać jego kwestii godzinami. Obiecuję zostać gejem dla pierwszego faceta, który odezwie się do mnie głosem Hakumena.

– V-13 – Mała, anorektyczna dzieweczka z okiem przesłoniętym opaską. Na dodatek jest robotem (nie, już ani razu nie wspomnę      o Japonii…) Niech nie zwiedzie was artwork przy wyborze postaci, w czasie walki V-13 przyjmuje inną postać, swoją battle form, w której to przywdziewa fikuśny pancerz a wokół niej zaczyna tańczyć kilka śmiercionośnych ostrzy. Najwyraźniej jednak panowie inżynierowie skopali nieco sprawę zapominając przyspawać naszej Jenny jakże istotny element ciała jakim są stopy. Biedaczka skazana jest zatem na lewitację. Jako przeciwnik maszynka jest wyjątkowo wredna. Jej ciosy i speciale mają wielki zasięg, potrafi np. zasypać adwersarza gradem ostrzy, strzelać takowymi tak przed siebie jak i w górę i pod kątem, w zwarciu również świetnie daje radę.

Oczywiście postacie powiązane są skomplikowanymi więzami zależności, które to poznajemy przechodząc Story mode. Fabuła jak to w przypadku tego typu pozycji stylizowana jest na typową epicką opowieść w stylu popularnych, fantastycznych anime, czytaj jej poziom plasuje się gdzieś pomiędzy „Niewolnicą Isaurą”, a filmami na podstawie gier video. Naprawde nie warto sobie nią zawracać głowy. Tu ktoś kogoś zdradza, tam brat nienawidzi brata, ta jest klonem kogoś tam etc. Brakuje mi tylko miłosnych pertypetii Rachel i Rossa. Dobrze, że od czasu do czasu zdarzają się w tej telenowaeli jakieś zabawniejsze momenty bo inaczej w czasie przerywników umarłbym z nudów. Oczywiście kampanię każdego bohatera można rozegrać na kilka sposobów, po kolei odkrywając wszystkie możliwe zakończenia.

III. Co mam tu wcisnąć? – czyli o trybach rozgrywki.

Uf, rozgadałam się o postaciach, a przecież jeszcze nie przeszedłem konkretnie do konkretnych konkretów. W menu głównym witają nas ekranem wyboru trybu rozgrywki. Mamy więc standardowe dla mordobić „Vs” i „Training” których chyba objaśniać nie trzeba. Dalej, „Story mode” tu oczywiście poznajemy historie poszczególnych bohaterów. W „Gallery” możemy raz jeszcze obejrzeć odblokwane artworki, images, concept arty i inne śmoje boje. Klasyczny „Arcade” to lekko fabularyzowany zestaw losowych, następujących po sobie dziesięciu pojedynków. Po wygraniu wszytkich odblokujemy zawsze coś nowego do galerii i jakiś bonus dla postaci, którą graliśmy. „Score attack” to nieprawdopodobnie trudny (nawet na easy) kolejny zestaw, tym razem dwunastu pojedynków, w kórych to mierzymy się z przeciwnikami bez ogródek i litości wykorzystujących praktycznie od razu swoje najpotężniejsze karty atutowe. „Replay” służy do oglądania powtórek naszych meczy w celu masturbowania się nad poziomem naszych supah skilli. Wreszcie „Netwark” umożliwia rozgrywkę sieciową.

IV. 3 attacks and do-something-cool- button – czyli o systemie walki.

Tytuł akapitu ma swoje źródło w sformułowaniu, którego ktoś użył w jednej z zachodnich recenzji. Rzeczywiście, dobrze podsumowuje system walki w Blaz Blue. Standardowo każda postać ma trzy ataki, słaby, średni i silny, oraz ich wersje                        w połączeniu z ruchem do przodu, skokiem i kucaniem. Osobny przycisk służy zaś… no właśnie i tu doszliśmy do tego co jest naprawdę fajne w Blaz Blue, tak zwanych Drives. Jest to ruch, unikalny dla każdego wojownika, nie zawsze będący akcją stricte ofensywną. W przypadku mojej ulubienicy, Taokaki jest po prostu dodatkowy atak, błyskawiczne przemieszczenie się po planszy  z jednoczesnym zatopieniem pazurów w piersi wroga. Z kolei Carl z pomocą tej funkcji uruchamia swoją lalę, a Rachel przywołuje silny podmuch wiatru, który unosi lekką jak piórko wampirzycę pozwalając jej na szybką ucieczkę, lub doskoczenie do przeciwnika, Lichi odstawia na ziemię swój kij, dostając tym samym zupełnie nowy zestaw ciosów, lagę zaś może w każdej chwili wezwać z powrotem. Hakumen dostaje dodatkowy blok, Ragna cios wysysający energię i doładowujący jego własny pasek życia itd. itd. Zróżnicowanie akcji Drive jest naprawdę spore, co sprawia, że każda postać jest unikalna, nie ma tu sytuacji, gdy opanowując jedną poznaliśmy już praktycznie wszystkie. Gry każdym fighterem trzeba się uczyć osobno, co daje sporo frajdy, a ulubionego alter ego można się bardzo szybko doszukać.

Oczywiście na trzech atakach, ich odmianach i Drive zabawa się nie kończy. Do dyspozycji mamy też jeden klawisz odpowiedzialny za chwyt (wyglądający inaczej gdy chwycimy kogoś za fraki w powietrzu!), rozbudowany system bloków, oraz speciale. Standardowo mamy od dwóch, do trzech średnio morderczych ciosów specjalnych, oraz ruchy jeszcze silniejsze, Disortion Drives. Do aktywowania tych potrzebne jest jednak zapełnienie wspomnianego już paska Heat do co najmniej 50%. Natomiast jeśli spełnione zostaną trzy warunki – mamy ostatnią rundę meczu, zbiliśmy życie przeciwnika do 20% i naładowaliśmy Heat na 100% możemy aktywować rozpierdzielator ostateczny w postaci Astral Heat. Rozsiadamy się wygodnie w i szerokim bananem na gębie oglądamy ładną animację ukazującą naszego milusińskiego posyłającego niemilca w niebyt w maksymalnie efektowny sposób. Wierzcie, gdy uda się wam to odpalić po raz pierwszy uczucie satysfakcji jest ogromne jak Wielki Kanion. Żeby jednak ta akcja dołączyła do ruchów konkretnego fightera trzeba nim wpierw przejść Arcade mode. Ogółem o systemie walki jestem w stanie prawić same superlatywy. Jest rozbudowany, ale prosty, a niektóre kombinacje w wersji na PC wyprowadza się autentycznie wygodniej na klawie niż na padzie! Sprawia to, że w grze mogą odnaleść się wszyscy, tak hardcorzy jak i niedzielni gracze, tak mistrzowie bijatyk, których grę na automatach podziwiano w niegdysiejszych czasach, lubujący się w wyprowadzaniu jak najbardziej szalonych combosów, jak i ludzie, dla których bardziej odpowiednią grą jest Saper i mashowanie jednego przycisku wystarczy im do szczęścia. Przy czym to ostatnie na pewno nie wypali gdy odpalimy grę na wyższych poziomach trudności. Ja na czas nauki ciosów i pierwszych kroków w Story mode zmieniłem poziom na easy, a i do tej pory zdarza mi się przegrywać z kretesem. Mimo tego poziom trudności jest przyzwoity, nie przesadzony. Gra jest wymagająca, ale wątpię aby ktoś się zaciął przy czymś na parę dni (może z wyjątkiem Score Attack). Mała rada, nie ma co się sugerować combo videos prezentowanym na youtube. Może i wyglądają fajnie, ale zdecydowana ich większość powstała na Training mode, w którym z całym szacunkiem nie tylko przeciętny gracz jakim jestem ja, ale też i ktoś kto pada ma po raz pierwszy w rękach potrafi czesać kozackie ruchy. W czasie prawdziwej walki zaś nie ma miejsca na zastanawianie się w stylu „O jakie to było fajne… jak ja to zrobiłem?” często lepiej zdać się na wypróbowane metody niż próbować za wszelką cenę odpalić special, kóry nam nie wychodzi. Walki są bowiem ogromnie dynamiczne, przeciwnik nie daje nam czasu do namysłu, atakuje błyskawicznie i dobrze blokuje. Naturalnie na efektowności walka tym samym w ogole nie traci, zdecydowaną większość kombinacji wyprowadza się praktycznie na czuja. Zaręczam, że nawet jeśli ktoś nie jest zręczniościówkowym wymiataczem, ale ma o grach jakieś pojęcie to da radę wykrzesać fajny gameplay.

V. Ale to je pikne! – czyli oprawa audio-video

Kolejna wielka zaleta gry, uczta dla oczu. O rzadko kórej grze moge powiedzieć, że jest naprawdę piękna, Blaz Blue śmiało mogę do nich zaliczyć. Już na starcie wita nas przyjemne intro w stylu anime. Samym postaciom nie poskąpiono szczegółów, wszystkie są dopracowane i cieszą oczy. Animacje są bardzo płynne, sprajtami również twórcy sypnęli obficie. Ciosom i specialom jak to w dżapońskich grach bywa towarzyszy feeria barw, co chwila coś wybucha, mryga, przesuwa się, neony, kolorki no karnawał w Rio normalnie. Nie powiem, by miało to dobry wpływ na głowę i oczy, ale na plus warto odnotować to, że ten kalejdoskop nie przeszkadza nam w rozgrywce. W czasie gry cały czas wiedziałem co się dzieje na ekranie, co nie jest niestety normą w tego typu produkcjach. Pochwalić należy również tła naszych zmagań. Wprost kipią od cieszących oczy ruszających się szczegółów. Wyróżnić tu szczególnie należy rodzimą wioskę Taokaki zamieszkaną przez innych ludzi koty. Chwilami w czasie treningu na tej planszy na chwilę przerywałem obijanie training dummy aby po prostu przyjrzeć się baraszkującym w tle kocim pobratyńcom mej ulubionej fighterki. A to jakiś maluch wyciąga ze śmietnika szkielet ryby, a to inny goni spieprzającą przed nim w popłochu kurę. Takie mają barzo korzystny wpływ na realizm. Równie wielkie wrażenie wywarła na mnie plansza przedstawiajaca podwórze przed zamkiem Rachel, skąpane w płatkach róż. Reszta teł aż tak bardzo nie zapada w pamięć, nie mniej wygląda w porządku. Z zadowoleniem odnotowałem też, że twórcy pamiętali o takim szczególikach jak dziury w bruku zostawiane przez kule z pistoletów Noel. Chwali się.

Wreszcie osobna pochwała należy się za dźwięk. Muza podobnie jak grafa jest najwyższych lotów. Soundtracku z gry słuchałem już na jakiś czas przed zdobyciem jej i chyba niektóre kawałki wylądują aż na moim Ipodzie. Theme przewodni wpada w ucho, themy poszczególnych postaci również są fajne. Szczególnie przypadły mi do gustu kawałki „Rebellion” i „Gale” obfitujące w ostre gitarowe riffy i cięższe brzmienie oraz skrajnie różniący się od nich „Awakening The Chaos” ze swoim mistycznie brzmiącym chórem jak żywo przypominający mi niektóre nuty z Evangeliona. Chyba w żadnej innej grze OST tak nie zagrzewał do walki. Jak zawsze kawał dobrej roboty odwalili również japońscy voice aktorzy perfekcyjnie podkładając głos fighterom. Standardowo w opcjach ustawione są domyślnie angielskie głosy, co polecam od razu zmienić bowiem, z tego co zauważyłem anglojęzyczni dubbingatorzy w większości przypadków prezentują poziom takiego drewna, że można by z nich spokojnie zrobić tratwę, a nauki prezentowania emocji udzielał im najwyraźniej sam Hayden „Drewniakin” Christensen. Nie mniej jest to tylko mały, nieistotny zgrzyt.

VI. Chyżo waść, dawajże się ze mną potykać! – Czyli o rozgrywce sieciowej.

I tu odezwie się we mnie leń paskudny. Networka nie sprawdzałem do tej pory i nie zamierzam. Zapamiętajcie sobie tygryski, wyżej podpisany osobnik prawie nigdy nie gra po sieci. Raz nie mam na to czasu, dwa wcale nie mam ochoty być ileś tam razy z rządu jechany przez jakiegoś pro wymiatacza. Ja człowiekiem nerwowym na ogół w żadnym razie nie jestem, ale gry akurat mają to coś w sobie, że nieopowodzenia w nich jakoś podkręcają mi żyłkę (oh my, ale się biedny joystick od Commodore’a nacierpiał…). Nie mniej żeby już całkiem fuchy nie odwalić wspomnę, że recenzenci chwalą w BlazBlue rozgrywkę sieciową. Opóźnienia zdarzają się rzadko, każdy gracz posiada specjalną wirtualną kartę z informacjami o jego osiągnięciach i najczęściej wybieranych postaciach. Zmagający się zyskują w miarę wygrywania kolejnych meczy levele co ma się niby przekładać na ich doświadczenie. Czasami ponoć zawodzi pairing, słyszałem o przypadkach gdy gracza na 2 lvl. pairowano z takim na 20 i wyżej…

VII. Ważne by te plusy nie przesłoniły wam minusów! – Czyli co tu nie gra… i zakończenie.

I ten akapit okaże się skąpy. BB-CT na pewno nie jest grą idealną do której będę wracał miliony razy, ale w swojej klasie jest czymś naprawdę wysoce dopracowanym. Szczerze mówiąc jedyne co mogę wytknąć grze na minus to achievementy. Z całym szacunkiem w tej kwestii liczyłem na coś więcej. Nagroda za przejście Arcade to odblokowanie Astral Heat dla konkretnej postaci, oraz jej wersji unlimited z szybciej się ładującym paskiem Heat. Rozczarowuje za to totalnie Story mode. Za przejście daną postacią w 100% dostajemy wywiad z danym japońskim voice aktorem. Nie powiem fajnie by się tego słuchało, gdyby nie to, że nie mamy żadnego tłumaczenia… a jak nietrudno się domyśleć raczej mało ludzi u nas liznęło mowy Kraju Kwitnącej Wiśni. Liczyłem na jakieś dodatkowe postacie, backgroundy. Z tego co wiem gra jest tego pozbawiona. Szkoda, parę artworków i wywiadów z których nic nie mogę zrozumieć nie zaspokaja mojego apetytu „odblokowywacza”

Jakkolwiek ten zgrzyt może przeszkadzać nie ma na szczęscie wpływu na to co najważniejsze, czystą radość z grania, a tym BlazBlue wręcz kipi. Świetny system walki, wspaniała oprawa, klimatyczne postacie. Mnie więcej do szczęścia nie trzeba i jeśli kiedykolwiek miałbym okazję z chęcią przyjrzałbym się sequelowi, jak do tej pory wydanemu jeno na konsole – BlazBlue – Continuum Shift. A Calamity Trigger polecam wszystkim fanom oldschoolowych bijatyk, nie reagujących alergicznie na mangową stylizację. Gra spokojnie na 9/10, czy tam 5/6 w skali szkolnej.

Jeśli miałbym wystawić cząstowe oceny – gameplay – 9/10, grafika – 9/10, muzyka – 10/10

Plusy:

– efektowna, dynamiczna rozgrywka
– system walki
– zróżnicowane postacie
– boska oprawa
– możliwość grania po sieci

Minusy:

-przeciętne achievementy
-mało postaci

5 ludzkich zachowań, które mnie lekko irytują.

Niekoniecznie bardzo, bo ja na ogół jestem spokojny człowiek i jak ktoś mnie wkurzy gotów jestem co najwyżej strzelić mu w stopę. A mogłbym zabić, no nie?

I. To jest pedalskie!

Ktoś kiedyś powiedział, że gdyby zabrać Polakom słowa Żyd, chuj, pedał i komunista (tudzież wariacje na temat komunisty) to nie mieliby kogo jak obrazić. Skupmy się na pedale, pedalstwie, pedałowaniu.

Już dawno temu zauważyłem, że ludzie kochają oceniać orientację seksualną wszystkiego na około. Tak wszystkiego, nie wszystkich. Pal licho ocenianie osób. Łapię się za to za głowę gdy słyszę, jakie zachowanie jest, a jakie nie jest pedalskie. Co wolno, a czego nie wolno robic, oglądać, słuchać, czytać, czy też czym się w ogóle interesować, żeby ktoś nie pomyślał, że wolimy dotknąć samczego bicepsu, zamiast kobiecego cycka.

Pijesz Redds’a, czy Gingera? Przecież to pedalskie piwa! Jak możesz? Jak możesz oglądać pedalskie kucyki Pony? Śmiesz interesować się modą? Ty pedalski pedale! I w ogóle co to za pedalskie ciuchy nosisz? I ta twoja pedalska muzyka w odtwarzaczu, a kysz!

Łapiecie o co chodzi?

Nie wiem jak bardzo trzeba byc zakompleksionym, żeby próbować komuś dogryźć dokonujac oceny jego orientacji. Więcej, jak trzeba byc zakompleksionym, żeby czyjąkolwiek orientację traktować w pogardliwy sposób. Dla mnie to domena ludzi naprawdę małych, ludzi obdarzonych umiejętnościami kostruowania argumentów na poziomie robaczka świętojańskiego. A swoją drogą to gej nie może być męski? Bo dla mnie np. prawdziwe męstwo to min. odwaga, honor, troska o swoich najbliższych i umiejętnośc zapewnienia im bytu, a nie osobisty gust w sprawie dziurek do ruchania.

Also… a jakie zachowania są lesbijskie? Bo jeszcze chyba nikt żadnego nie wymienił?

II. Zabawna strona nienawiści – o hejterach.

To miał byc temat na osobny tekst, ale jakoś mi tutaj przypasowało.

Bawi mnie to, że o większości popularnych rzeczy, wokół których było i jest w dalszym ciągu mnóstwo szumu dowiaduję się zawsze z plujących żółcią ust osób, które chyba za jedyny życiowy cel uznały łażenie po sieci z maczugą i trollowanie na forach miłośników danego zjawiska. Tak to żyłbym sobie dalej w błogiej nieświadomości o co biega ze świecącymi się wampirami, Bejbe Bejbe Biebera i innymi bzdetami, które przeminęły by bez wiekszego echa gdyby ludzie przestali na nie pluć. Bo prawda jest taka, że nagonka na coś tylko dodatkowo nakręca popularność.

To nie jest tak, że drażni mnie sama krytyka i wyśmiewanie. Wręcz przeciwnie, uwielbiam dobre parodie. Czegokolwiek, byle by były naprawdę dobre. Za to do szewskiej pasji doprowadza mnie podbijanie własnego ego pokazując jakim to się jest niemainstreamowym bo należy się do nie wiadomo jak super mniejszości, która nie dała się omamić i gówna nie tyka.

To rodzi masę kretyńskich sytuacji np. http://browse.deviantart.com/?qh=&section=&q=twilight+book+burned#/d1vrsq1 (OMG patrzcie! Spaliłam książkę! Ale ja jestem…jestem… jestem idiotką…) http://browse.deviantart.com/?qh=&section=&q=twilight+book+burned#/d21kqdm (OMG! I mam naśladowców!)

Żeby nie być monotematycznym dodam, odrywając się już od fenomenu „Zmierzchu”, że hejter to gatunek ekspansywny, spotykany w każdym środowisku, przy każdej sytuacji. Hejtują polityków, bo przecież każdy polityk bez wyjątku to burak i złodziej, a państwo mnie wciąż oszukuje, dranie! Nieroby! Co z tego, że kasę na wszystko daje mi mama, a pracą rączek nie skalałem i tak państwo mnie krzywdzi. Hejtują ludzi mediów, piosenkarzy i aktorów, toczą pianę z pysków na wieść, ze Cichopek, czy inna Mucha kupiła sobie torebkę za kilka tysięcy i do żadnego z tych zakutych łbów nie dociera, że to jest jej, Cichopka, czy Muchy kasa i to tylko jej sprawa co z ową kasą poczyni, a im nic do tego. Pod zdjęciem dowolnej znanej osoby na bank wyłapie się, na tych wszystkich Pudelkach i innych Dobermanach przynajmniej kilkanaście komentarzy jaka to ona paskudna, gruba, „a cycki to se na pewno zrobiła i mordę też”. Głowę daję, że zdjęcie każdego z nas, wrzucone na podobną witrynę zostałoby prędzej, czy później podobnie zrównane z ziemią, a zakładam, że większość ludzi jednak się pasztetami nie rodzi.

Gardzą Biebierami, Gagami, Wiśniewskimi, Dodami, Wojewódzkimi mimo, że gówno o nich wiedzą i nie rozumieją, że sceniczny wizerunek nie równa się prawdziwemu. Gardzą widzami „Tańca z gwiazdami”, „Klanu”, „M jak Miłość”, „X Factor” itd. no bo oni przecież są ci lepsi, mądrzejsi. Oni to chodzą jeno do tyjatru, a jak do kina to tylko Woody Allen i arcydzieła chorwackiej kinematografii. Jasne.

Nie rozumiem takiego sztucznego, niepotrzebnego nakręcania i jednoczesnego wywyższania się. Nie rozumiem dlaczego normalna krytyka przeradza się w jakieś chore, wymierzone w kogoś krucjaty. Dla mnie, człowieka maksymalnie na wszystko obojętnego, czasem wręcz flegmatycznego plasuje się to poza granicami rozumowania. Zapamiętaj to sobie raz na zawsze, ty, który to czytasz. Jeśli nie lubisz książek Stephanie Meyer, Rowling, Paoliniego, Coelho, whatever, jeśli nie lubisz muzyki Biebiera, Lady Gagi, Eminema, Miley Cyrus, whatever, nie lubisz tego i tamtego, dostrzegasz tego wady i umiejętnie je wytykasz, robisz to normalnie, ironicznie, z jajem, wszystko jest wporzo, przytaknę ci i pośmiejemy się razem, bo ja też nie jestem fanem tych rzeczy, ani ludzi. Ale jeśli miotniesz przy mnie, że nie lubisz kogoś, tylko dlatego, że lubi to, czego ty nie lubisz, wiedz, że ja nie lubię ciebie.

Ja jJak czegoś nie lubię, to po prostu tego nie tykam i się tym nie przejmuję, dając żyć innym, skoro oni dają żyć mnie. I tak zachowuję przeważnie to, co tak naprawdę jako jedyne liczy się w życiu. Święty spokój.

III. Jezusicku! Toż to straszne!

Kolejna obserwacja, o której szerzej napiszę w mojej przyszłej książce, ktora nigdy nie zostanie wydana dotyczy ludzi żyjących wg.tego co od kogoś tam usłyszeli, względnie gdzieś przeczytali. Nomen omen na którymś z naszych przecudownych portali informacyjnych. Czego ja się tam nie dowiedziałem. Ponoć w ciagu ostatniego tygodnia nastały dwa końce świata. W ciągu ostatnich paru lat zanotowano na Ziemi tyle pożarow, że w zasadzie gdzieś w okolicy powinni się przechadzać Dante z Wergiliuszem. Dowiedziałem się też, że czeka mnie niechybnie przedwczesna śmierć bo zwykłem jadać pomidora razem z ogórkiem, a to ponoć bardziej niebezpieczne dla organizmu niż dojrzewający w klatce piersiowej dorodny Xenomorph. Tak samo powinno mnie mdlić na sam widok parówek, no bo przecież KAŻDY wie co tam do nich dodają i trują całą planetę A tak w ogóle to cud, że nie zabiły mnie jeszcze banany, które spożywam regularnie. No bo wiedzieliście, że mają wysoki indeks glikemiczny? Tak, też nie mam pojęcia co to jest. Takimi oto przestrogami jestem codziennie raczony. Ostatnio się dowiedziałem, że nawet cytryny nie mogę sobie dodać do herbaty, bo to spowoduje odkładanie się glinu w moim organiźmie (WTF?)

Poważnie, czy ktokolwiek z ilorazem inteligencji wyższym od tego przyssanego do ściany akwarium glonojada żyje wg. tych głupich przykazań pisanych dla zapchania wierszówki? Czy ktokolwiek wierzy, że wpierniczając same kiełki i popijając mleczkiem sojowym, przykładając ręce do telewizora gdy pan uzdrowiciel każe i może jeszcze uprawiając feng shui ma szansę pożyć te kilka lat więcej od chociażby mało aktywnego palacza? Nie jestem przekonany, albowiem nie znamy dnia ani godziny, że tak sobie wyjątkowo patosem zarzucę.

To samo się tyczy panikarzy i czarnowidzących z pod znaku końców świata, niechybnych klęsk i nadchodzących wojen. Ceny pójdą w górę, lodowce topnieją, pandy nie chcą się ruchać. A tak w ogóle to to wszystko jest jeden wielki spisek NASA, Iluminatów, Żydów, Masonów i Misia Kolargola. Gdy czytam takie wiadomości, słucham takich ludzi, nabieram przekonania, że gatunek ludzki powinien zmienić nazwę na Homo Territus – Człowiek Zastraszany.

A ja i tak będę sobie żył jak mi pasuje, uprawiając mój sprawdzony wszystkowdupizm. Z zaciekawieniem oczekując kolejnego końca świata (może któryś w końcu będzie spektakularny, na tyle że da się go zauważyć?) i pijąc herbatę. Z cytryną, bo tylko taka jest naprawdę smaczna.

IV. Podniecanie się związkiem.

Generalnie jestem pozytywnie nastawiony do ludzi. Z tąd potrafię cieszyć się cudzym szczęściem, czy jest to szczęście dziecka, które dostało czekoladę, czy starego małżeństwa, ktore przeżyło ze sobą 50 lat. Tak samo potrafię się cieszyć, gdy dwójka ludzi się odnajduje. Ale wszystko ma swoje limity.

Nie chodzi o samo cieszenie się związkiem, okazywanie swej radości. Raczej o pewien rodzaj wyższości względem osób samotnych.

To sytuacje w rodzaju tych gdy słyszymy docinki „czemu nie masz jeszcze dziewczyny/żony/kochanki”, „chce ci się iść samemu na imprezę?” Samotny dla wielu znaczy gorszy.

Pal licho gdy kumpel/kumpela zaczyna sikać z radości bo ktoś zwrócił na niego uwagę. Pal licho gdy trajkocze nam nad uchem jakie to jego kochanie jest wspaniałe. To zrozumiałe, motylki w brzuszku te sprawy. Niefajnie zaczyna się robić gdy wyraźnie już odnotowujemy w czyimś głosie drwinę, gdy w czasie przyjacielskiego przekomarzania się nagle ktoś rzuca „ale za to ja jako jedyny w towarzystwie mam dziewczynę haha i cooo?”

Gówno.

Bo czym tak właściwie się cieszysz baranie? Jarasz się związkiem, czy nim szpanujesz? W czym niby jesteś lepszy od samotnego?

Głupie w tym wszystkim jest to, że samotni przyjmują w tym wypadku najczęściej postawę defensywną. Ktoś machnie ręką, usmiechnie się krzywo, rzuci niby ze śmiechem „a daaaj spokój”, a w głębi duszy jest albo wściekły/a, albo co jest jeszcze bardziej irracjonalne, wstydzi się samego siebie. Kończy wieczór przesiadując kilka godzin na serwisie randkowym w przekonaniu, że musi jak najszybciej znaleźć miłość swego życia.

No właśnie, musi? Czy to takie trudne powiedzieć, że czyjś związek nam nie imponuje? Może ktoś tego zwyczajnie nie potrzebuje, zwyczajnie ceni sobie pełną swobodę, niezależność? Są tacy ludzie. Ale nie każdy powie o tym głośno, nie chcąc robić sobie tzw. siary u znajomych, czy też martwić rodziców, którzy przecież marzą o wnukach.

Nie piszę tego z perspektywy osoby samotnej, więcej, odkąd poszedłem na studia nie narzekam na brak popularności, ku mojemu zaskoczeniu bo zawsze z wrodzonej skromności uważałem się za przeciętniaka.

Ale mimo tego nigdy nie zamierzałem i nie zamierzam czynić ze związku karty atutowej. Bo każdy nowy, udany związek to po prostu kolejne, radosne życiowe doświadczenie, nie tryumfalna mina „bo dziś zarucham a wy nie!”

V. Wyśmiewanie cudzych zainteresowań.

Na sam koniec rzecz najbardziej absurdalna, coś, czego nie da się absolutnie niczym wyjaśnić.

Ile razu drogi czytelniku przyjąłeś na siebie ironiczne spojrzenie za to, że powiedziałeś co lubisz robić w ramach hobby, co lubisz czytać, w co grać, jakie filmy lubisz, w jakich pozycjach zwykłeś chędożyć swą lubą?

Zapadł mi jakoś szczególnie w pamięć przypadek gościa, członka forum Transformery.pl, uprawiającego video recenzje nabywanych przez siebie figurek. Ktoś wrzucił jego profil na sadistic.pl. Chłopak został zjechany od przyjebów, kurwinoksów i innych przyjemnych epitetów. Ot internetowy motłoch dorwał nową ofiarę, nothing new. Ale zapadło mi w pamięć bo to koronny przykład tego jak plebs traktuje kogoś kto śmie w tej wielkiej orkiestrze zagrać trochę inaczej.

No bo jak się chce uchodzić za normalnego, żeby śmichów chichów nie było no to przecież trzeba umieć pogadać o normalnych sprawach, nie? Nie jakichś głupotach!

Co to są te normalne sprawy? No jak się jest facetem to przecież wiadomo, piłka, siłka, chlanie, dupy. Jak ktoś chce uchodzić za inteligienta no to polityka oczywiście, oraz to co się studiuje, ale podniesione do potęgi entej. Kobiece tematy to faceci, kosmetyki, imprezki, hihi…

Jak to komuś sprawia przyjemność, to spoko, nie moja brocha. Ale trzeba mieć naprawdę pustą pałkę, żeby pluć się na kogoś za to co ten ktoś lubi robić.

No bo patrząc tak na to chłodnym, analitycznym okiem to w czym takie kolekcjonowanie chociażby wspomnianych transformerów jest głupsze od powszechne akceptowanego zbierania znaczków, czy monet? Żadna mania kolekcjonerska nie jest racjonalna ani pragmatyczna, służy tylko naszej osobistej satysfakcji i gówno wszystkim do tego, czy osiągamy ją dzierżąc w dłoniach klaser, czy Megatrona.

Co takiego niższego jest w oglądaniu kreskówek zamiast filmów fabularnych, czytaniu komiksów miast mądrych książek, przesiadywaniu w ciepłym domu z kubkiem kakao w dłoni, w zastępstwie baunsowania w rytm techniawki na deskach remizy, czy kibicowaniu? Posiadaniu niewielkiej grupy zaufanych przyjaciół, a nie tysiąca znajomych na Twarzoksiążce? Niech ktoś mi to wyjaśni bo ja to chyba jednak głupi jestem
i czasem potrzebuję posłuchać kogoś mądrzejszego od siebie.

Żadna pasja nie jest czymś złym, ani dziwnym, o ile tylko robiąc coś nie krzywdzi się tym samym drugiego człowieka. Jakiekolwiek próby hierarchizownia hobby to jak porównywanie co jest lepsze, komputer, czy lodówka? I dopóki rozwijanie swojego hobby nie staje się zbyt nachalne, inwazyjne, jeśli wiemy kogo warto w sprawę angażować, a komu lepiej dać spokój, dopóty nie powinniśmy się niczego wstydzić, ani dać sobie wmówić, że powinniśmy rzucić wszystko w cholerę gdy ktoś tylko stanie nad nami zacietrzewiony z batem.

Recenzja: Aleksander Rudazow – „Arcymag”

Oj zdenerwowałem się porządnie.

Zdenerwowałem albowiem rzadko zdarza mi się naciąć w kwestii czegoś do czytania/oglądania. Praktycznie zawsze w takim wypadku czytam przynajmniej kilka recenzji danej rzeczy aby mieć absolutną pewność, że ta mi do gustu przypadnie. Tym razem tak nie zrobiłem no i oczywiście zemściło się to na mnie brutalnie, albowiem pożyczony z ciekawości w osiedlowej bibliotece pierwszy tom „Arcymaga” to z całą pewnością jedna z najgorszych książek jakie przyszło mi w swym krótkim życiu przeczytać.

Fabuła oryginalnością nie poraża, a ponadto rozwija się niczym główny wątek głupawej komedii romantycznej o fantastycznym zabarwieniu. Tytułowy bohater, potężny sumeryjski mag imieniem Kreol (autor zaznacza w tekście iż nie ma on związku z prawdziwymi kreolami, co faktycznie byłoby trudne do samodzielnego wydedukowania) ma sporo problemów z zawistnymi krewnymi oraz hordą nieposłusznych mu demonów. Chcąc przeczekać ciężkie czasy razem ze swoim sługą, małym dżinem erotomanem, zapada w rodzaj hibernacji, trwającej bagatela kilka tysięcy lat. Mumia maga zostaje odkryta przez ekspedycję archeologów mających zamiar wystawić ją na ekspozycji w muzeum w San Francisco. Wówczas Kreol budzi się do życia i od tej pory zaczyna się właściwa fabułka powieści.

Mówię fabułka, albowiem większość rozwiązań fabularnych serwowanych co i rusz przez autora powodowała iż moje brwi raz po raz unosiły się coraz wyżej, nieomal opuszczając powierzchnię mego wysokiego czoła. Praktycznie zaraz po dojściu do siebie Kreol wraz ze swoim dżinem napotykają na swojej drodze młodą policjantkę, pół azjatkę, która to widząc poruszającą się i gadającą w niezrozumiałym języku zasuszoną mumię zdaje się w ogóle nie tracić zimnej krwi. W przeciągu kilku chwil okazuje się iż dzięki superhiperzakręconemu czarowi rzuconemu przez Kreola dziewczyna błyskawicznie uczy się się języka starosumeryjskiego i po krótkiej rozmowie, dialogu na jakieś półtorej strony wierzy mu we wszystko (!), przyjmuje do wiadomości, po czym pomaga mu uciec z muzeum. Na drugi dzień niemal całkowicie dogadawszy się z półtruposzem pomimo jego zaiste wrednego charakteru, decyduje się na całkowitą z nim współpracę wierząc iż ten pomoże się jej wzbogacić. Razem kupują luksusową willę za miastem i… zdziwieni? Przecież to klasyka postępowania z ożywieńcami.

Połowę książki stanowią oczywiśie klasyczne dla tego typu historii obszerne opisy dotyczące zafascynowania bohatera przykładami nowoczesnej techniki w rodzaju sedesu, telewizora, długopisu itp. Coś wałkowanego tysiące razy. To co powinno stanowić lwią część, odniesienia do historii starożytnej Mezopotamii, religii itp. sprowadzone zostało do niezbędnego minimum. Chwilami odnosi się wrażenie iż Rudazow niespecjalnie zabrał się do zbierania informacji o tamtym okresie. Wiem, że w zamierzeniu miała to być powieść raczej humorystyczna, a akcja koncentrować się ma głównie na działaniach bohaterów. Mimo tego i tak, gdy pomyślę ile pracy kosztowało np. Sapkowskiego przeglądanie źródeł na temat wojen husyckich, bądź też Pilipiuka podczas zbierania materiałów przy pisania „Norweskiego dziennika” młody rosyjski autor wydaje mi się być zwyczajnym partaczem.

Sami bohaterowie irytują. Wspomniana policjantka jak to już wspomniała gdzieś tam anonimowa recenzentka, wydaje się być żywcem wyjęta z marzeń erotycznych autora. Jedyną funkcją wspomnianego już dżina jest prowadzenie pseudośmiesznych, tragicznie infantylnych dialogów z wszystkimi naokoło. Sam Kreol mógłby być od postacią ciekawą. Osobiście mam słabość do wszelkiego rodzaju wrednych typów nie liczących się z innymi. Problem stanowi jednak wyraźne „przedobrzenie” tego osobnika. Chodzi o to, że facet zdaje się nie mieć żadnych słabości, jest zawsze na wszystko przygotowany. Megasuperturbosrurbo wypasiony mag sypiący przepotężnymi zaklęciami +5000 do demedżu. Czaruje, widzi na odległość, włada demonami, bajeruje laski w pięć minut. Nic mnie tak nie denerwuje jak bohater mający od razu gotowe rozwiązanie na wszystko.

Dalej fabuła także rozwija się jak w kiepskiej komedii. Pojawiają się kolejne postacie, co druga to mniej potrzebna, min. ojciec policjantki, podobnie jak ona biorący wszytko do wiadomości w przeciągu chwili. Pojawia się wątek z ukrywaniem tożsamości maga przed wścibskimi sąsiadami, wątek z tuszowaniem obecnosci dżina na mieście i tak dalej i taaak daaalej…

Powieść urywa się w momencie typu cliffhanger. Nie wiem, mnie jakoś nie pali ciekawość o to jak dalej potoczą się losy bohaterów w części drugiej. Gdy takową dojrzę na bibliotecznej półce, ominę szerokim łukiem, co też polecam i wam. Jeśli komuś nie przeszkadza skrajnie infantylny język powieści, bądź po prostu ma ochotę przeczytać coś NAPRAWDĘ niewymagającego może spróbować, choć moim zdaniem nawet w tej kategorii isnieje multum o wiele lepszych książek. Naród rosyjski zapisał się wspaniale w historii literatury, nie tylko fantastycznej. Omawiany przypadek to jednak nie to. Pan Rudazow musi się jeszcze wiele nauczyć by dorównać poziomowi chociażby takiemu Bułyczowowi, czy Strugackim. Młody jest, może jeszcze się wyrobi. Pratchett też napisał i wydał „Dywan” jako szczaw kompletny, a po latach czytając swe pierwsze dzieło tylko łapał się za głowę.

So it begins…

Kim jestem:

Jestem człowiekiem, który nigdy nie uporządkowal bałaganu w swojej głowie.

Jestem małomówny, ale lubię się dzielić swoimi przemyśleniami.

Choćbym chciał nie potrafię się niczym przejmować dłużej niż dzień.

Jestem twórcą, piszę i rysuję. Mam sto pomysłów na godzinę, ale rzadko potrafię je skutecznie zrealizować z uwagi na wrodzonego lenia.

Byłbym najszczęśliwszą osobą pod słońcem gdyby wszyscy dali mi święty spokój i pozwolili mi do końca życia pisać swoje pierdółki i rysować obrazki.

Jestem niepoprawnym flegmatykiem, a obojętność to moje drugie imię.

Moją jedyną bronią przeciwko otaczającej mnie głupocie jest wyśmiewanie jej

Nie wstydzę się moich zainteresowań i tego co mi sprawia przyjemność

Jestem studentem prawa o wybitnie nieprawniczym umyśle, co nie znaczy, że nie lubię swojego kierunku.

To co sobie cenię najwyżej to święty spokoj i cudowna lekkość na umyśle wskazujące na to, że nic mnie nie goni.

Lubię:

-Książki Pratchetta i Gainmana
-Dobrą literaturę ogółem
-Tworzyć i czytać komiksy
-Piękno kobiecego ciała
-Dobry seks
-Filmy i seriale animowane (bardziej niż fabularne)
-Zabawki
-Wspominanie lat szczenięcych
-Gry video, głównie zręcznościowe
-Ironizować na praktycznie każdy temat
-Rysować
-Czekoladę
-Słodkie wino i ciemne piwo
-Polską i włoską kuchnię
-Dzieła Gigera i Beksińskiego
-Filmy Tima Burtona
-Lato
-Wczesną porę dnia
-Stare samochody
-Motocykle
-Koty
-Aromat cynamonu i goździków
-Lasy
-Każdą muzykę, która mi wpadnie w ucho i nie chce opuścić tego miejsca

Czego nie robię:

-Nie hejtuję nikogo i niczego
-Nie narzekam na politykow/lekarzy/policję/nauczycieli/Misia Kolargola
-Nie klikam „lubię to”
-Nie staram się wyjaśnić dlaczego jakiś fillm na YT dostał ileś tam minusow
-Nie wykłócam się na forach
-Nie stosuję przemocy słownej, ani fizycznej
-Nikomu niczego nie zazdroszczę, od nikogo niczego nie wymagam, ogromnie się cieszę, że świat nie zwraca na mnie uwagi.
-Nie wyznaję żadnej religii, ale nie jestem ateistą
-Nie manifestuję swojego przywiązania do kraju przez wywieszanie flag i robienie 1000 demotywatorów o husarii
-Nie piszę o sprawach poważnych
-Nie piszę serio
-Nie staram się nikomu imponować

Czego można się spodziewać na blogu:

-Recenzji książek, komiksów, filmów i gier
-Przemyśleń na tematy różne różnorakie
-Tekstów z cyklu „przenieśmy się w magiczny świat dzieciństwa”
-Włanoręcznych rysunków i krótkich komiksów

Aktualizacje poki co bedą się ukazywać nieregularnie, ale postaram się żeby tego miejsca nie przykrył kurz :- )

Post Navigation