messinmyhead

Kraina Zgryźliwego Tetryka

Recenzja: Aleksander Rudazow – „Arcymag”

Oj zdenerwowałem się porządnie.

Zdenerwowałem albowiem rzadko zdarza mi się naciąć w kwestii czegoś do czytania/oglądania. Praktycznie zawsze w takim wypadku czytam przynajmniej kilka recenzji danej rzeczy aby mieć absolutną pewność, że ta mi do gustu przypadnie. Tym razem tak nie zrobiłem no i oczywiście zemściło się to na mnie brutalnie, albowiem pożyczony z ciekawości w osiedlowej bibliotece pierwszy tom „Arcymaga” to z całą pewnością jedna z najgorszych książek jakie przyszło mi w swym krótkim życiu przeczytać.

Fabuła oryginalnością nie poraża, a ponadto rozwija się niczym główny wątek głupawej komedii romantycznej o fantastycznym zabarwieniu. Tytułowy bohater, potężny sumeryjski mag imieniem Kreol (autor zaznacza w tekście iż nie ma on związku z prawdziwymi kreolami, co faktycznie byłoby trudne do samodzielnego wydedukowania) ma sporo problemów z zawistnymi krewnymi oraz hordą nieposłusznych mu demonów. Chcąc przeczekać ciężkie czasy razem ze swoim sługą, małym dżinem erotomanem, zapada w rodzaj hibernacji, trwającej bagatela kilka tysięcy lat. Mumia maga zostaje odkryta przez ekspedycję archeologów mających zamiar wystawić ją na ekspozycji w muzeum w San Francisco. Wówczas Kreol budzi się do życia i od tej pory zaczyna się właściwa fabułka powieści.

Mówię fabułka, albowiem większość rozwiązań fabularnych serwowanych co i rusz przez autora powodowała iż moje brwi raz po raz unosiły się coraz wyżej, nieomal opuszczając powierzchnię mego wysokiego czoła. Praktycznie zaraz po dojściu do siebie Kreol wraz ze swoim dżinem napotykają na swojej drodze młodą policjantkę, pół azjatkę, która to widząc poruszającą się i gadającą w niezrozumiałym języku zasuszoną mumię zdaje się w ogóle nie tracić zimnej krwi. W przeciągu kilku chwil okazuje się iż dzięki superhiperzakręconemu czarowi rzuconemu przez Kreola dziewczyna błyskawicznie uczy się się języka starosumeryjskiego i po krótkiej rozmowie, dialogu na jakieś półtorej strony wierzy mu we wszystko (!), przyjmuje do wiadomości, po czym pomaga mu uciec z muzeum. Na drugi dzień niemal całkowicie dogadawszy się z półtruposzem pomimo jego zaiste wrednego charakteru, decyduje się na całkowitą z nim współpracę wierząc iż ten pomoże się jej wzbogacić. Razem kupują luksusową willę za miastem i… zdziwieni? Przecież to klasyka postępowania z ożywieńcami.

Połowę książki stanowią oczywiśie klasyczne dla tego typu historii obszerne opisy dotyczące zafascynowania bohatera przykładami nowoczesnej techniki w rodzaju sedesu, telewizora, długopisu itp. Coś wałkowanego tysiące razy. To co powinno stanowić lwią część, odniesienia do historii starożytnej Mezopotamii, religii itp. sprowadzone zostało do niezbędnego minimum. Chwilami odnosi się wrażenie iż Rudazow niespecjalnie zabrał się do zbierania informacji o tamtym okresie. Wiem, że w zamierzeniu miała to być powieść raczej humorystyczna, a akcja koncentrować się ma głównie na działaniach bohaterów. Mimo tego i tak, gdy pomyślę ile pracy kosztowało np. Sapkowskiego przeglądanie źródeł na temat wojen husyckich, bądź też Pilipiuka podczas zbierania materiałów przy pisania „Norweskiego dziennika” młody rosyjski autor wydaje mi się być zwyczajnym partaczem.

Sami bohaterowie irytują. Wspomniana policjantka jak to już wspomniała gdzieś tam anonimowa recenzentka, wydaje się być żywcem wyjęta z marzeń erotycznych autora. Jedyną funkcją wspomnianego już dżina jest prowadzenie pseudośmiesznych, tragicznie infantylnych dialogów z wszystkimi naokoło. Sam Kreol mógłby być od postacią ciekawą. Osobiście mam słabość do wszelkiego rodzaju wrednych typów nie liczących się z innymi. Problem stanowi jednak wyraźne „przedobrzenie” tego osobnika. Chodzi o to, że facet zdaje się nie mieć żadnych słabości, jest zawsze na wszystko przygotowany. Megasuperturbosrurbo wypasiony mag sypiący przepotężnymi zaklęciami +5000 do demedżu. Czaruje, widzi na odległość, włada demonami, bajeruje laski w pięć minut. Nic mnie tak nie denerwuje jak bohater mający od razu gotowe rozwiązanie na wszystko.

Dalej fabuła także rozwija się jak w kiepskiej komedii. Pojawiają się kolejne postacie, co druga to mniej potrzebna, min. ojciec policjantki, podobnie jak ona biorący wszytko do wiadomości w przeciągu chwili. Pojawia się wątek z ukrywaniem tożsamości maga przed wścibskimi sąsiadami, wątek z tuszowaniem obecnosci dżina na mieście i tak dalej i taaak daaalej…

Powieść urywa się w momencie typu cliffhanger. Nie wiem, mnie jakoś nie pali ciekawość o to jak dalej potoczą się losy bohaterów w części drugiej. Gdy takową dojrzę na bibliotecznej półce, ominę szerokim łukiem, co też polecam i wam. Jeśli komuś nie przeszkadza skrajnie infantylny język powieści, bądź po prostu ma ochotę przeczytać coś NAPRAWDĘ niewymagającego może spróbować, choć moim zdaniem nawet w tej kategorii isnieje multum o wiele lepszych książek. Naród rosyjski zapisał się wspaniale w historii literatury, nie tylko fantastycznej. Omawiany przypadek to jednak nie to. Pan Rudazow musi się jeszcze wiele nauczyć by dorównać poziomowi chociażby takiemu Bułyczowowi, czy Strugackim. Młody jest, może jeszcze się wyrobi. Pratchett też napisał i wydał „Dywan” jako szczaw kompletny, a po latach czytając swe pierwsze dzieło tylko łapał się za głowę.

Reklamy

Single Post Navigation

3 thoughts on “Recenzja: Aleksander Rudazow – „Arcymag”

  1. Bo to przeca każdy wie, z mumią trza dogadać się. A tak serio, to polecam Wilczarza z ruszczyzny. Taki lepszy Wiedźmin.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: