messinmyhead

Kraina Zgryźliwego Tetryka

The Lord of The Beaks – czyli parę słów o Legends of the Owl Kingdom: The Guardians of GaHoole

Odkąd pamiętam zawsze żywiłem ciepłe uczucia do zwierzęcego fantasy. I nie wyzywać mnie tu od furryfagów, wy, którym internet już dawno zeżarł mózgi. Nie chodzi tu tylko o to, że zwyczajnie pasuje mi taka stylizacja. Zaprawdę powiadam wam, że dużo lepsze wspomnienia i inteligentniejsze morały zapamiętałem na całe życie chociażby z kierowanego do dzieci „O czym szumią wierzby” niż z jakiegoś ślepego Homera, czy innych „Dziadów”. Także m.in. „Pieśń Łowcy” Tada Williamsa do dziś plasuje się wysoko na liście moich ulubionych książek. O takich klasykach jak chociażby Kipling nie wspomnę… Długo tu wymieniać przykłady, tymczasem nie dalej jak rok temu całkowicie oczarowała mnie wizja sów w hełmach. Wróć! Przede wszystkim oczarowała mnie animacja. Nie pamiętam kiedy ostatnio jakiś trailer tak mnie zmiótł. Pomny jednak uniwersalnej prawdy, że nawet najgorszy gniot może mieć nalepszy trailer i nic więcej uznałem, że wypada przyjrzeć się dokładniej animacji w reżyserii Zacka Snydera zwyczajnie celem skonfrontowania pierwszego wrażenia z ostatecznym.

UWAGA TEKST ZAWIERA DROBNE SPOILERY ZA KTÓRE AUTOR SERDECZNIE NIE PRZEPRASZA!

I. Nazi sowy atakują! – autor rozwodzi się na temat meandrów fabuły.

Szumne to słowo meandry, albowiem, śmiem twierdzić historia jest tu prosta jak budowla z trzech na krzyż klockow LEGO. Bazuje na pierwszych trzech tomach serii powieściowej autorstwa Amerykanki Kathryn Lasky, koncentrujących się na fantastycznej epopei, ktorej to niemalże jedynymi bohaterami są upersonifikowane sowy. Nie dane mi bylo przeczytać żadnej z nich, wątpię nawet czy są w ogóle dostępne w naszym nieszczęsnym Polish raju. Z tego co mi wiadomo historia przedstawiona w filmie została względem pierwozoru dosyć okrojona (cóż spróbujcie w półtoragodzinnym obrazie upchnąć w pełni trzy książki, a jestem gotow wyrazić opinię, że wasza matka przespała się z Winrarem). Z racji wspomnianej nieznajomości powieści jestem zmuszony ocenić film na podstawie li tylko tego co widziałem, a co wcale złe nie było w moim odczuciu.

Powiedziałem na wstępie, że historia jest tu prosta, chodzi mianowicie o walkę ze złem. Nic nowego? Ano nic, ale spróbujmy to trochę rozwinąć…

Głównym bohaterem jest Soren, młoda płomykówka, marzyciel i idealista zafascynowany epckimi opowieściami o mitycznych strażnikach GaHoole, dzielnych sowich wojownikach, przed laty prowadzących zwycięską wojnę z siłami demonicznego ptasiego uzurpatora, Metalbeaka. Podejście do życia Sorena bezustannie krytykuje jego brat, Kludd, cyniczny, ambitny, zazdrosny o uwagę rodziców i całej reszty świata. Pewnego dnia niebacznie oddaliwszy się za bardzo od rodzinnego gniazda obie sówki zostają porwane i wraz z innymi podobymi sobie nieszczęśnikami osadzone w rodzaju akademii kształtującej jedynie słuszną wizję sowy jako nadgatunku. Ci ktorzy okazują opór wobec prania ptasiego móżdżku zostają zmuszeni do pracy fizycznej dla dobra systemu. Ulegli zaś wobec wizji siły, przyszłej potęgi i przestrzeni życiowej dostępują zaszczytu wstapienia w szeregi wojskowej formacji określanej jako The Pure Ones. Jak nietrudno się domyślić za wszystkim stoi Metalbeak planujący straszliwą zemstę na Strażnikach. Zaczyna się też pogłębiać widoczny od samego początku dystans między braćmi. Soren, wraz z nowo poznaną przyjaciółką, Gylfie probuje uciec, natomiast zainteresowany nowym środowiskiem Kludd wstępuje do Owljugend. Koniec końców bohater, kompletując po drodze drużynkę przyjaciół postanawia dotrzeć do Strażników i ostrzec ich przed niebezpieczeństwem.

I taka fabuła daje radę, naprawdę. Jakkolwiek mamy tu do czynienia z filmem przygodowym w każdym calu, w dodatku kierowanym raczej do młodszego widza (o tym za moment), warto też dostrzec jego drugie dno. Jest to bowiem również historia o dorastaniu i konfrontacji romantycznej wizji z rzeczywistością. Duża w tym zasługa chyba najlepszej postaci drugoplanowej, Ezylryba, starego, zgorzkniałego, tęskniącego za utraconą młodością dowódcy Strażników. Pełni on w filmie rolę mentora Sorena. To dzięki niemu młoda płomykówka, jakkolwiek nie wyzbywająca się swych ideałów, zaczyna rozumieć, że barwne opowieści o bohaterach w lśniących pancerzach często nijak się mają do prawdziwego obrazu wojny, gdzie zwykle brakuje miejsca na heroizm. Zostają jedynie co najwyżej poczucie spełnienia obowiązku i masa bolesnych wspomnień i ran fizycznych jak i psychicznych. Zdecydowanie tradycyjna relacja „uczeń – mistrz” została tu ukazana w zjadliwy, ciekawy sposób. Szkoda, że poświęcono jej w sumie niewiele czasu ekranowego. Wpłynęła z pewnością na mój pozytywny odbiór postaci Sorena, szlachetnej, lecz nie do urzygu. Młodzik pomimo wyznawanych ideałów potrafi też szybko spojrzeć trzeźwo na nową rzeczywistość. Jego dziecinna fascynacja bohaterami z legend przeradza się, w miarę postępu fabuły, w zasłużony szacunek poparty osobistymi doświadczeniami.

Pozostałe postacie jakkolwiek lekko stereotypowe dobrze uzupełniają pierwszoplanowy skład. Z początku nieśmiała i zalękniona Gylfie szybko staje się w drużynie głosem rozsądku i rozwagi. Lekko zwariowany wesołek Digger odpowiada za wniesienie do historii odrobiny humoru. Podobnie Twilight, sowi bard kochający grę na lirze, choć gdy zajdzie potrzeba potrafiący również nieźle przywalić. Generalnie nie swierdziłem obecności postaci na widok której wszystkim widzom face palm się w kieszeni otwiera, czyt. nie ma toposu Jar-Jar Binksa.

Żałuję za to, że stosunkowo mało głębi nadano szwarccharakterom, czyli temu co tygryski lubią najbardziej. W zasadzie na tym polu wyróżnia się jedynie Nyra, małżonka Metalbeaka. Bezwzględna, okrutna, świetna podżegaczka i manipulatorka, praktycznie zawsze spokojna i zimna jak zero absolutne. Użylbym określenia zimna suka gdyby nie to, że cały czas mówimy tu o ptaku. Nie ma co klimatyczna postać, czego niestety nie można powiedzieć o samym Metalbeaku, którego odebrałem jako ptasi miks Dartha Vadera z Adolfem na lewo czesanym. Dzidek jest zły bo ma być zły, koniec. Nic nie wiadomo o jego przeszłości, nie wiemy więc co dokladnie spowodowało jego quasi nazistowskie skrzywienie. O szeregowych członkach Pure Ones nie ma co wsopminać, stanowią bowiem armię klonów, aczkolwiek nie mogę im odmowić pewnej grozy, zwłaszcza w scenie gdy skandują imię swego przywódcy zaraz po jego płomiennej przemowie. Z kolei przemiana Kludda ze zwykłego dupka w prawdziwie bezwzględnego, gotowego na wszystko drania jest trochę mało wiarygodna przez swoją zbytnią umowność. Jednakowoż jest na pewno bardziej rozbudowana niż w wypadku „What Am I done?LOLZ” Anakina Bujającego W Obłokach.

II. Pióra, szpony, dziób na ścianie – autor zastanawia się, czy film aby na pewno kierowany jest do młodszego widza?

Nie staram się tu udowodnić, że jest dla dzieci nieodpowiedni, brońcie bogowie! Jeżeli my w dzieciństwie przeżyliśmy bratobójcze walki, ogarniętych rządzą władzy psycholi i piosenki o ogniach piekielnych i pożądaniu (wszystko to Disney kochane dzieciaczki!) to śmiem twierdzić, umysłów obecnego smarkatego pokolenia nie powinny stłamsić ani Nazi Sowy ani wyjątkowo realistycznie pokazana przemoc.

No właśnie przemoc. Nie jakieś tam wesołe trykanie się dzióbkami z okrzykami typu „Zło i tak przegra! Dobro zwycięży ojej!” Tutaj mamy jak najbardziej pełnoprawną mordoplastykę. Pierzaści wojownicy krzeszą iskry przy pomocy metalowych nakładek na pazury a nawet przytroczonych do łap mieczy (!). Wszystkiemu towarzyszą dynamiczne, soczyste ujęcia, przeraźliwe ptasie wrzaski, oraz tak charakterystyczne dla Snydera ujęcia w slow motion. Oczywiście nikt nie przasadził i nie zobaczymy tu rozpłatanych ptaszynek ciągnących za sobą girlandy jelit, oderwanych czerepów i fontann osocza… ups rozmarzyłem się. Pomimo tego jednak wyraźnie czuć kto i w jakim momencie obrywa solidnie po kuprze. W zasadzie gdyby nie ten brak krwi sowy spokojnie mozna by zastąpić naoliwionymi facetami z włóczniami w garściach co spowodowało by oczywiste deja vu. Dodajmy do tego kilka naprawdę mocnych, stosunkowo mrocznych scen m.in ucieczkę Sorena i Gylfie, konfrontację braci, czy wreszcie finałowe starcie. No i zakończenie, na pierwszy rzut oka niby wybitny happy end, słodziachno, cukiereczki, bombonierki and stuff… ale jednak w pewnym momencie dociera do nas, że tak naprawdę zło przegrałao tylko jedną batalię i jeszcze wróci. Być może silniejsze… To wszystko generalnie skłania mnie do odebrania LoOW jako pełnoprawnego animowanego filmu przygodowego, nie zaś przydługiej dobranocki.

III. I see all god damn feather! – autor rozwodzi się o wrażeniach wizualnych, tę część pisząc niemalże na klęczkach.

Nie da się bowiem powiedzieć o LoOW inaczej jak to, że ten film jest po prostu piękny. Animacja kładzie na łopatki, powala, zakłada nelsona i nokautuje w podskokach wszystkie te Avatary i inne śmoje boje jakie do tej pory widzieliście. Dość powiedzieć, że kiedy oglądałem na filwebie fotosy moja mama przchodząc obok spytała się mnie, czy to film przyrodniczy. Wydaje mi sie, że to mówi wszystko. Naprawdę, gdyby nie charakterystyczna mimika ciężko by było na pierwszy rzut oka nie pomylić bohaterów obrazu z prawdziwymi ptakami. Wybitnym ornitologiem nie jestem, ale stwierdzam, że bezbłędnie da się odróżnić tu płomykówki od puchaczy, czy sów mszarnych, śnieżnych itp. Jakość grafiki zaparła mi dech w piersiach, czuję, że to pierwszy od dawna film ktory chciałbym zobaczyć w 3D (ale prawdziwym 3D, nie przykładu praktyki z cyklu: „-Zrobimy Dwie Sceny W 3D I Zawyżymy Ceny Biletów! -O Kurde Stary Ty To Masz Łeb!”). Za samą scenę nauki latania w czasie deszczu należy się tworcom jeśli nie Oscar to przynajmniej sztabka złota z napisem „W podziękowaniu za zajebistą robotę.”

IV. Autor podnosi się z klęczek otrzepując kolana – reasumując…

Reasumując film jest zwyczajnie fajny. Fajny, przyjemny, nieskomplikowany, cholernie efektowny i relaksujący. Zapewnie nie znajdzie się na mojej liście top ten ulubionych obrazów, ale nie mogę mu odmówić spoej dawki uroku. Szczerze polecam, o ile nie widziecie nic szczególnie dziwnego w sowich bohaterach nieco bardziej skomplikowanych od Hedwigi.

Reklamy

Single Post Navigation

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: