messinmyhead

Kraina Zgryźliwego Tetryka

Archive for the month “Luty, 2012”

Diabeł diabłu nierówny? – wielkie porównanie – Devil May Cry 3 Vs. Devil May Cry 4

  

Devil May Cry 3 to gra, która odcisnęła na mnie trwałe piętno. W momencie gdy usiadłem do niej na dobre nie liczyły się dla mnie nawet nieznajomość dwóch poprzednich odsłon serii, ani nawet arcymarny poziom konwersji na PC. Łyknąłem prequel przygód Dantego, łowcy demonów i największego kozaka w dziejach elektronicznej rozrywki, jak bardzo smaczne, ciepłe danie. Rozmiłowałem się w charyzmatycznym bohaterze i piekielnie dynamicznym, soczystym i brutalnym stylu rozgrywki. Ukończyłem grę kilkakrotnie, za każdym razem na wyższym poziomie trudności, pozostawiając ledwie ruszony jedynie ostatni, który był już nie na moje siły. Nawet dużo, dużo później, zdarzało mi się wracać cyklicznie do gry pomimo tego, że w zasadzie znałem już jej wszystkie tajemnice. To wszystko złożyło się na to, że gdy dziś mowa jest o slasherach, zawsze mam najpierw przed oczami bałowłosego gieroja, nie dbając zbytnio o napompowanych testosteronem Spartan, czy długonogie czarownice. Pragnąłem jednak wiecej. Tym bardziej więc zapałałem głęboką nienawiścią do własnego kompa gdy ten pierwszą próbę odpalenia części czwartej jakieś trzy lata temu skwitował jedynie rzężącym kaszlem zintegrowanej karty graficznej, spojrzał mi głęboko w oczy z czeluści stacji dyskow i spytał na wpół szyderczo, na wpół smutno „jaja sobie robisz? Za nic tego nie pociągnę!”
Na szczęście czasy się zmieniają, po drodze trafiają się czasem dobrym ludziom tak upgrade’y sprzęu jak i originalne DMC4. Odkąd parę miechów temu w łapy wpadła mi wreszcie i raczyła ładnie śmigać, ostatnia jak do tej pory odsłona cyklu (co niedługo ma się zmienić) cały czas targają mną sprzeczne uczucia. Z jednej strony ilość miodu jaka wylewa się podczas gry starczyłaby za zapasy sporej pasieki, z drugiej zaś co i rusz twarz mą przystojną wykrzywia grymas z pod znaku „W trójce to a to było lepsze”. Uczucia na tyle sprzeczne, że ostatecznie postanowiłem je przelać na wirtualny papier i zrobić wielkie porównanie dwóch świetnych gier z tej samej serii.

UWAGA! ZAWIERA ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW!

1. Charakter rozgrywki:

DMC3 – Trojeczka jako pierwsza odsłona cyklu wprowadziła cztery odmienne style walki, ustawiane przed rozpoczęciem misji i determinujące charakter zabawy; Trickster – umożliwiający szybkie uniki, akrobacje itp. duperele, Swordmaster, pozwalający na maksa wykorzystać broń białą, analogiczny dla pukawek Gunslinger oraz pasywny, koncentrujący się na blokach i kontrach Royalguard. W miarę postępu w grze dochodzą do nich jeszcze bonusowe Quicksilver, umożliwiający spowolnianie czasu oraz generujący pomagającego nam walce sobowtora Doppelganger. Jeśli chodzi o zabawki, na użytek Dantego zostały w tej części oddane dupny miecz Rebellion, Cerberus, coś w rodzaju nunchaku operującego elementem lodu, Agni & Rudra, dwa sejmitary władające odpowiednio żywiołami ognia i powietrza, Nevan, miks kosopodobnego ostrza z elektryczną gitarą (!) oraz Beowulf, potężna para bojowych butów i rękawic. Na odległość możemy razić wraże maszkary z kultowych pistoletów Dantego, Ebony & Ivory, starego kumpla obrzyna, Artemis, broni ze świata demonów, Sphirala, dalekosiężnego karabinu oraz bazooki Kalina Ann. Między broniami (w czasie gry można mieć jedynie cztery sztuki oręża) możemy się dowolnie błyskawicznie przełączać tworząc takie kombinacje ciosów jakie się nam tylko zamarzą. W dodatku nie ma tu broni wyraźnie najsłabszej i najpotężniejszej, są co najwyżej wygodniejsze i mniej wygodne w używaniu, a niektóre mogą określonym typom przeciwników zdawać bonusowe obrażenia! Zarówno style jak i narzędzia służące wysyłaniu demonów z powrotem do piekła trzeba ulepszyć grając jak najwięcej (to w przypadku styli), a także wykorzystując do tego zbierane w czasie rozgrywki, obecne w serii od samego początku czerwone orby, czyli skrystalizowane dusze. Jakby tego bylo mało po jednorazowym przejściu gry dostajemy możliwość przejścia całości jako Vergil, zły brat bliźniak Dantego, który co prawda nie otrzymuje osobnej historii, za to ma zupełnie inny, choć odrobinę okrojony w porównaniu z bratem zestaw combosów, a także unikalny styl Darkslayer koncentrujący się na teleportacji i błyskawicznym doskakiwaniu do adwersaża. Byłbym zapomniał, także tutaj Dante ma dostęp do znanej z poprzednich części umiejętności Devil Trigger, czyli zamiany w super szybkiego, silnego i wytrzymałego demona. Od czasu do czasu przyjdzie nam przerwać na chwilę efektowną rzeźnię w celu rozwiązania jakże niebanalnej zagadki logicznej w rodzaju „znajdź Śmieszny Przedmiot aby włożyć go do Śmiesznej Dziury co otworzy kolejne drzwi”.

Ogółem całość pozwala na zmontowanie kombinacji efektownych jak piersi młodej naturystki. Jeśli dodamy do tego możliwość rzucania w kierunku wroga kpiących komentarzy i sporo ruchów aż nadto jajcarskich (jak ślizganie się na powalonym przeciwniku krzycząc jednocześnie WOHOOOO!) wyjdzie nam ideał, gra która umożliwia nam rozsmarowanie wroga niczym zjełczałego masła na czerstwej kromce, ale też drwiąca sobie z powagi innych, podobnych produkcji. A może macie ochotę wcielić się w pstatniego bossa? Proszę bardzo, po jednorazowym przejściu gry grywalny staje się zły brat bliźniak Dantego, Vergil, mający w arsenale bonusowy styl i inne combosy! Ogółem młóci się świetnie, praktycznie w każdej możliwej kombinacji stylu i broni. Jedynie styl Doppelganger nie przypadł mi kompletnie do gustu. Sterowany przez sztuczną inteligencję sobowtór poziomem lotności dorownuje upośledzonemu pantofelkowi, co udowania najczęściej blokując się w najbliższym zaułku i wściekle okładając straszliwego wroga jakim jest ściana. Mimo tego drobnego zgrzytu gameplay cacy!

***

DMC4 – Największym zarzutem pod adresem nextgenowych przygód Dantego było… no właśnie to, że nie miały to być jedynie przygody Dantego. Stary wyjadacz co prawda nie przechodzi na emeryturę i dalej ma dużo do powiedzienia, zarowno jako boss jak i grywalna postać, jednak na plan pierwszy wysuwa się przede wszystkim nowa dramatis personae, Nero, młody rycerz tajemniczego Order Of The Sword, czcicieli Spardy i obrońców biednych i uciśnionych fanów Assasins Creed (seriously, czy komukolwiek nie przyszlo to na myśl gdy oglądał cutscenki?). Młodzian w granatowym kabacie podobnie jak jego wielki poprzednik pochwalić się może przedwczesną siwizną, ale jakkolwiek jest zadziorny i uszczypliwy to jednak nie da się go polubić tak jak Dantego. O tym jednak później albowiem w tym akapicie pod lupę idzie przecież charakter rozgrywki.

Wspomnieć należy przede wszystkim o patencie zarezerwowanym jedynie dla Nero, Devil Bringerze. Świecąco na niebiesko prawa ręka młodego zabijaki dysponuje gigantyczną siłą i możliwością wydłużania się i chwytania z daleka przeciwników. Tutaj zaczyna się prawdziwa zabawa. Marzy ci się złapać jakąś maszkarę za ogon, zakręcić nią młyńca jednocześnie raniąc jej kumpli i na koniec cisnąć ją przed siebie jak worek kartofli? A może wolałbyś złapać ogromnego bossa za mordę po czym dosłownie wbić go w ziemię? Devil bringer to właśnie umożliwia. Przy pomocy demonicznej łapy możemy miażdżyć wrogów, chwytać na ziemi i w powietrzu, a także łapać się niektórych przedmiotow co przyśpiesza poruszanie się po lokacjach. Krótko mówiąc znakomity pomysł. Na dodatek wraz z aktywacją Devil Triggera chwyty jakie bohater wykonuje na potworach stają się jeszcze bardziej brutalne – Sweet! W ekwipunku Nero znajdują się też dwulufowy rewolwer Blue Rose i miecz Red Queen z wbudowaną funkcją Exceed umożliwiającą doładowanie ostrza energią co pozwala na wyprowadzenie bardziej zabójczych cięć. Ogółem gameplay Nero jest ogromnie przyjemny i diablo dynamiczny. Niewielka ilość broni w ogóle nie przeszkadza w zabawie. Jakkolwiek nie lubię młodego jako postaci, tak samo szatkowanie z jego pomocą demonów to czysta przyjemność. Z pewnością jednak walka Nero jest dużo łatwiejsza. Nawet twoja babcia wbiłaby bez problemu SStylish na combometrze.

Mniej więcej od połowy gry przyjdzie nam rozegrać kilka misji jako Dante. I tutaj niestety zaczynają się pewne zgrzyty. Nie chodzi bynajmniej o gameplay, ten za bardzo się nie zmienił. Dodano jedynie możliwość przełączania się między poszczególnymi stylami w czasie walki co umożliwia jeszcze więcej możliwości dla kombinacji ciosów. Rozchodzi mi się o to, że synowi Spardy udostępniono do przejścia nędzne ochłapy, a nie rasowe misje! Łazimy po tych samych, ledwo, ledwo zmienionych lokacjach, pokonujemy tych samych bossów. Jak żyję backtracking miał miejsce również w trójeczce, ale to były raczej krople w oceanie, tutaj natomiast mamy prawie dwa razy większą powtórkę z rozgrywki. Jakby tego było mało w przedostatniej misji… znowu musimy powtórzyć tych samych bossów! Trzeci raz! To już zakrawa o kpinę i wskazuje na ordynarne wręcz lenistwo twórców. Proponowałbym wydzierganie na gobelinie i powieszenie sobie w salonie nad kominkiem słowa „rutyna”…

No i jeszcze zestaw broni Dantego… Powracają znane i lubiane Rebellion, pistolety i shotgun. Mieczysko ma praktycznie ten sam zestaw combosów. Natomiast reszta Devil Arms… nie powiem są fajne, ale chyba nie aż tak jak zabawki z trójki. Gilgamesh co prawda świetnie wygląda i przyjemnie się go używa, ale jest jednym wielkim rip offem z Beowulfa, po prostu to już było, trzecia para gauntletów w serii. Wielofunkcyjna broń zasięgowa, Pandora jest ciekawa, ale mało poręczna, zaś Lucifer Armor, coś w rodzaju aparatu wystrzeliwującego czerwone wybuchowe ostrza nie zachwyca siłą obalającą, bardziej nadaje się do osłabienia przeciwnika na początku walki niż dobijania. Ogółem nie jest źle, jest w porządku… ale jednak cały czas miałem wrażenie, że Dante bardziej grywalny był w poprzedniej odsłonie, nawet pomimo jednego stylu na całą misję.

Raczej negatywne odczucia wzbudził też we mnie nowy system rozwoju postaci. Dalej zbieramy w czasie gry czerwone orby, ale kupujemy za nie jedynie itemy. Nowe comba dostajemy z kolei wymieniając je za tzw. Proud Souls przyznawane pod koniec etapu w zależności od ostatecznej oceny końcowej. Pytam się grzecznie – na jaką cholerę przeprowadzono ten podział? Co było złego w zbieraniu samych orbów? Na dodatek wykupienie każdego nowego comba skutkuje wzrostem ceny pozostałych. To tylko spowalnia rozwój postaci. Trójkę przeszedłem raz i już miałem wszystko co mnie najbardziej interesowało. Przeszedłem drugi plus trochę się pobawiłem na Bloody Palace i miałem wszystko. Tutaj nie idzie to tak sprawnie. Jedyne co zaliczam temu nowemu systemowi na plus to możliwość zresetowania umiejętności, które nam nie przypasowały i zaoszczędzenia waluty na coś innego.

Also, sporo umiejętności jest albo kompletnie do niczego, albo powinno się znajdować w wachlarzu ruchów od samego początku gry. Możliwość zbierania orbów z większej odległości? A na co to komu? Co to Dante i Nero nóg nie mają, żeby podejść do tych nieszczęsnych kulek? Rozwinięty unik? A na jednym stadium nie można by poprzestać? Enemy step? To było w trójce od samego początku i wplatało się w samą mechanikę! Szybsze bieganie? A to nie można było tak od razu? Obaj bohaterowie przechodzą przez piekielne zastępy jak kombajn przez zboże, a nie potrafią bez dopingu szybciej przebierać kulasami? No ludzie kochani…

Ponarzekać ponarzekałem, ale ostatecznie nie potrafię jasno stwierdzić, która gra daje więcej funu. Wszystkie wady czwórki rekompensują w zasadzie jej zalety. Umówmy się na remis w tej kwestii.

DMC3 – DMC4 – 1:1

2. Fabuła i postacie:

DMC3 – „Kuźwa moj brat chce otworzyć portal do piekieł i nie pozwala mi grać w Guitar Hero. Muszę mu skopać dupę!” to by było na tyle… gdzieś tam przewija się jeszcze wątek córki mszczącej się na ojcu sataniście, ale ostatecznie o fabule szybko się zapomina. Z resztą, czy to wada? To napieprzanka, nie przygodówka.

Dante jest w tej odsłonie cyklu dopiero butnym gówniarzem, ledwie zaczynającym swoją karierę. Na dodatek wygląda jak członek sweetaśnego boysbandu. Brawura to jego drugie imię, a Kpina trzecie. Teksty ma tak butne, infantylne i kiczowate, że aż wspaniałe. To one głównie przesądzają o prześmiewczym charakterze gry. Niby mroczna młócka, ale też ślizganie się na rakietach, walenie wrogów po łbach motocyklem, łapanie lasek w locie i nazywanie gigantycznego cerbera per Fido. To jest to co lubię! Nie raz podczas fenomenalnie wyreżyserowanych cut scenek oplułem ze śmiechu monitor.

DMC4 – pomimo większej ilości postaci i pozornego skomplikowania historia nie jest dużo lepsza niż w przypadku DMC3. Niby mamy tu tajemnicę, niby dopiero z czasem wychodzi na jaw kto tu tak naprawdę jest przyjacielem, a kto wrogiem, ale ostatecznie całość jest przewidywalna, pozbawiona jakichś nagłych zwrotów akcji i pełna dziur. Skąd do jasnej ciasnej Nero ma swoje ramię? Kupił w Tesco? Dlaczego Credo przystał na plany Sanctusa, był przecież w gruncie rzeczy dosyć szlachetną osobą. Czemu Nero sam nie zniszczył Hell Gates gdy miał ku sposobność, tylko zostawił cały bałagan do posprzątania Dantemu? Czemu Dante i Trish udostępnili Force Edge zakonowi? Takie pytania bez odpowiedzi można mnożyć i mnożyć. Jak już wspomniałem nie wymagam od nawalanki fabuły, której nie powstydziłby się Dostojewski, ale naprawdę nie lubię być traktowany jak ślepy idiota! Na dodatek wszystko rozwija się jakoś za szybko, w jednej chwili kumpel głównego bohatera wysyła go na misję, w następnej sam zamierza go zaciukać, w kolejnej ginie przejęty losem swojej siostry, która w finale nie wspomina o nim nawet słowem… No Teatr Wielki to to nie jest. Przynajmniej cut scenki są efektowne jak poprzednio.

Nero, jak już też wspomniałem, nie porywa jako postać. Miota się toto, drze się, starszych nie słucha. Wygląda i zachowuje się jak młody Dante, tyle, że jest mniej zabawny. W jego miłość do Kyrie też jakoś trudno uwierzyć z uwagi na słabe rozwinięcie tego wątku. Sama Kyrie robi za wzdychajacą lalę o pełnym miłości serduszku i bez żadnej osobowości. Główny zły to po raz kolejny typ z pod znaku „zapanuję nad światem dzięki mocy z piekła rodem BUAHAHAHA!” Seriously, ile można? Z żalem odnotowałem też marginalny udział w historii Lady, która zaliczyła w trójce wyjątkowo udany występ. Tutaj pojawia się jedynie na moment i na dodatek jej redesign wskazuje na to, że Capcom postarał się zaimplementować w grze bonusowy poziom trudności – grę jedną ręką.

Na szczęście wszystko ratuje Dante. Nie zachowuje się tak szczeniacko jak w czasach młodości, w końcu to już facet po przejsciach (dokładnie tych z DMC i DMC Anime). Dorósł, zmężniał, aczkolwiek dalej mu się gęba nie zamyka i wciąż potrafi dogryść i pobujać sie na ogonie bossa jak na huśtawce. Wszystkie cut scenki z jego udziałem to majstersztyki.

3. Poziom trudności.

DMC3 – easy – dla ludzi, ktorzy w życiu pada nie mieli w dłoni, normal – trochę bardziej stonowany, ale dalej nie będący większym wyzwaniem, hard – tutaj już zdażają się problemy w sytuacjach poprzednio bezproblemowych, very hard – masz realną szansę dostać w dupę na każdym rogu, Dante Must Die – dostajesz w dupę na każdym rogu…, Heaven or Hell – bonusowy i mało ciekawy tryb w którym rozwala się wszystkie maszkary jednym ciosem, ale też od jednego ciosu się ginie.

Najtrudniejsi przeciwnicy to Hell Vanguard i Fallen z uwagi na irytujące ataki i wytrzymałość. Z bossów stanowczo wyróżnia się Vergil, za drugim i trzecim razem porządnie dopakowany i bardzo wymagający na VH i DMD. Resztę mięsa armatniego i bossowego da się szybko rozpracować, aczkolwiek nie u każdego to norma (ah te zawodzenie gawiedzi o Nevan ;-))

DMC4 – Tutaj mamy tryby Human, Demon Hunter, Son of Sparda, będące odpowiednikami Easy, Normal i Hard. Powracają nudne Heaven or Hell i arcytrudne Dante Must Die. Nowości to chyba jeszcze bardziej frustrujące Legendary Dark Knight gdzie w każdej misji mierzymy się z absurdalnie wielką liczbą demonów, oraz Hell or Hell w którym wrogowie mają normalną wytrzymałość, a gracz ginie po jednym ciosie… za przejście czegoś takiego jako achievment powinna się wyświetlić na ekranie wiadomość, iż nazajutrz zjawi się u nas modelka w stroju Trish, która przez najbliższy tydzień będzie zaspokajać nas erotycznie na wszystkie możliwe sposoby. Jak znam życie tak naprawdę dostaje się po prostu kolejną graficzkę 😉

Również w tej części jednymi demonami można bawić się jak lalkami, a inne sprawiają, że zadziwiamy swoje otoczenie znajmością rynsztokowej mowy. Do tych ostatnich należą zawzięty, wytrzymały i aktywnie wspierajacy kompanów Alto Angelo, piekielnie irytujący Blitz, czy słaby, ale dający popalić Cutlass, w przypadku którego skończenie walki bez draśnięcia graniczy z cudem. W wypadku bossów natomiast trochę mi się dupa spociła jedynie w wypadku wymagających Credo i Dantego. Resztę, w tym największe maszkary jak Berial, Bael, Echidna da się przeżyć nawet na wyższych poziomach trudności. Walka z przedostatnim, największym rozmiarowo bossem sprowadza się do skakania wokół niego po platformach i rozwalania mu jakichś kuleczek na łapach, dupie i giczołach. W czasie tej misjii musiałem przerywać, żeby łyknąć kawy celem nie zaśnięcia. Finałowy boss natomiast nie powala designem (kto się nie uśmiechnął na widok demonicznego dziadka z aureolką na głowie i czerwonych papuciach na stopach ręka w górę!), większości jego ataków unika się z łatwością (z wyjątkiem takiej niby szarży), a ostatnia sekwencja akcji w kampanii, sprowadzająca się do użycia trzy razy Devil Bringera i traktowana jako osobny boss fight (buehehehe!) zakrawa już nie tylko o kpinę, lecz wparowanie do siedziby tworców, szarpnięcia jednego z drugim za koszulę i rzuceniem mu z kpiącym uśmiechem w twarz „Oh RLY?”

4. Grafika.

Ok, w tym wypadku widać już aż nadto wyraźną przewagę DMC4. Nie rozumiem w ogóle marudzenia malkontentów jakby grafa była przeciętna pomimo nextgenowej jakości. Nie wiem, może nie jestem wybredny, może za mało widziałem, ale oczy mam i to co nimi widzę zwyczajnie mi sie podoba. Detale, cienie, gra świateł, design wnętrz, wszystko sprawia świetne wrażenie. Na maks rozdziałce i najwyższych detalach gra wygląda zwyczajnie pięknie. Postaciom również nie poskąpiono polygonów, tak bohaterowie jak i wraże maszkary prezentują się wspaniale i poruszają się bardzo naturalnie (o ile naturalnym można nazwać podwójne skoki i zawisanie w powietrzu). Ja po prostu jestem w siódmym niebie gdy mogę sobie obejrzeć dokładnie nawet takie pierdoły jak detale na guzikach i pierścionki na palcach! Jasne, że czasem coś chrupnie, gdzieś tam ktoś zrobi nienaturalny grymas, tam niewidzialna ściana, tam lokacja poszatkowana na kawałki. Ale cóż z tego, sandbox to to nie miał być, tutaj liczy się m.in szybkość przechodzenia etapu, szkoda czasu na szukanie alternatywnych ścieżek.

Po porównaniu z młodszym bratem uwydatnia się brzydota DMC3. Jasne, że da się na tę grę patrzeć bez odruchu wymiotnego, ale jednak trzeba przyznać, że rozmyte tekstury i mało szczegółowe modele postaci to coś co w dzisiejszych czasach musi odejść do lamusa. A była to też po części wina…

5. Poziomu konwersji.

Ciężko jest opisać poziom konwersji DMC3 nie używając słów za które ponoć niedługo ma grozić grzywna w wysokości trzech tysięcy złociszy. Ciężko nawet użyć słów powszechnie znanych. To „arcydzieło” wymaga czegoś więcej. Niniejszym zatem oznajamiam iż konwersja DMC3 na pecety zostala dokumentnie zjebamegaarcyspierdolona. Czegoś tak wybitnie zjebamegaarcyspierdolonego nie widziałem nigdy dotąd.

Uruchamiasz to cudo i momentalnie zostajesz wprowadzony/ona w zdumienie. Żaden klawisz nie działa, entery, spacje nic. Szaleńczo pukając po klawiaturze wreszcie dochodzi się do tego iż wszystko zatwierdza się „K” a wychodzi „J”… awangarda? Jakby to powiedział mój znajomy z wydziału „to jest popierdolone a nie kontrowersyjne!” Mało tego, w grze nie uświadczy się opcji exit… never ending story? Well chcesz wyjść zająć się swoim życiem? Zostaje ci poczciwe Alt + F4. Ja oczywiście rozumiem że to powszechnie znany skrót, ale nie umieszczenie w programie takiej elementarnej opcji to tak jakby w samolocie nie przyspawać skrzydeł, a do Bloody Mary nie dodać soku pomidorowego. Dalej, chcesz sobie coś poprzestawiać w grafice? To ustaw sobie którąś z trzech oszałamiających rozdzielczości, bo tylko to możesz zrobić. Dalej, pomimo moich najszczerszych chęci i użycia wszystkich możliwych programów mapujących gra za cholerę nie chciała skonfigurować prawidłowo mojego pada. Konkretnie gałki robiły co chciały, reszta przycisków na szczęście się na mnie nie wypięła. Zmuszony, wypracowałem po jakimś czasie specyficzny styl gry wykorzystujący zarówno klawę jak i pada. Boczne przyciski obsługiwałem najczęściej waląc nimi w podbródek. Jakbym trafił na Youtube momentalnie stałbym się hitem internetu…

Dla odmiany konwersja DMC4 jest schludna i przystępna. Menu jest przejrzyste i intuicyjne, w opcjach jest dużo możliwości konfiguracji grafiki (ładniejszej niż na konsolach!). Padzisko też działa mi bez zarzutow. No nie można tak było od razu?

6. Muzyka.

Tutaj z kolei byłem nieco rozdarty, ale w ostatecznym rachnku postanowiłem oddać palmę pierwszeństwa DMC III. Nie powiem, kawałki z czwórki też są niezgorsze, w ogóle cała seria zasłynęła z dość charakterystycznego łączenia spokojnych, mistycznych chórów z duża dawką energicznego, przyjemnego elektronicznego łomotu, mieszanego z hard rockiem. W przypadku czwórki nie zatykałem sobie uszu watą, ale zwyczajnie żaden kawałek nie zapadł mi w pamięć, w przeciwieństwie do genialnego drugiego battlethemu Vergila, czy przewodniego „Divine Hate” z trójeczki. W czwórce zwyczajnie muza przygrywa bo coś musi przygrywać. Przewodnie „Shall never surrender” jest fajne na początku, ale szybko się nudzi. Uśmiech pojawił mi się na twarzy jedynie gdy w słuchawkach rozbrzmiał mi remix battlethemu z jedynki, towarzyszący nam gdy przejmujemy kontrolę nad Dante.

7. Werdykt i przyszłość płaczącego diabła.

Głowię się i głowię bo pomimo wszystkiego nie potrafię stwierdzić jednoznacznie, która gra jest lepsza. Trójka jest moim ideałem, spędziłem przy niej z uśmiechem na twarzy sporo czasu. Czwórka ma w sobie wszystko to co było fajne w poprzedniczce, rozwija to o parę nowych, nie rewolucyjnych, ale zwyczajnie fajnych pomysłów. Paroma również irytuje, ale nie na tyle, żeby powiedzieć, że była rozczarowaniem, wręcz przeciwnie, dostałem od niej wszystko czego się spodziewałem. Jakkolwiek moja sympatia minimalnie skłania się bardziej ku DMC3, stwierdzam ostatecznie, że trzeba po prostu zaliczyć obie, w kolejności chronologicznej. To najlepsze odsłony serii. Grając w DMC3 dowiecie się zwyczajnie czym jest maksymalnie satysfakcjonujący gameplay, a przymierzając się do DMC4 dostaniecie więcej prawie tego samego, ale podanego na o wiele ładniejszym talerzu, bardzo smacznego dania.

A tymczasem Ninja Theory caly czas dłubie przy nowym Devilu odnośnie którego mam tyle samo obaw co nadziei. Daleki jestem od skreślania projektu juz na starcie, nawet pomimo bohatera wyglądającego jak miks dworcowego ćpuna z fanem Zmierzchu. Boję się jednak drastycznej zmiany klimatu. Sądząc po rzuconych póki co do sieci materiałach nowy DMC w moim odczuciu będzie… zbyt residentowy. przemawia za tym wygląd tak potworów jak i przedstawionego świata. Nie jest to po prostu coś do czego przyzwyczaiło mnie DMC. Boję się też, czy zmiana ekipy nie spowoduje wydania na świat przeciętnego slashera wycierającego sobie gębę legendą serii. Czas to pokaże. O ile tylko zaraz po finałowej cutscenie jedyną myślą platającą mi się po głowie będzie „JA CHCĘ JESZCZE RAZ” to uznam, że diabeł znów uronił łzy nie na darmo.

Reklamy

The Old vs. New – Scooby Doo Where Are You VS. Scooby Doo Mystery Incorporated.

  Vs. 

Dzisiaj pobawimy się w porównania.

Akutalnie żyjemy w czasach odświeżania starych filmowych hitów. Reboot goni reboot i rimejkiem pogania. Ostatni obraz o Conanie, tym razem bez udziału Arnolda jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. „Fright Night”, „Captain America”, „A-team”, parę lat temu „Omen”. Sporo tego, a ponoć za stare zrobiły się także „Ucieczka z Nowego Jorku”, „Jak ugryźć 10 milionów”, a „Ptaki” Hichtcocka mają w przyszłości podziobać Willa Smitha. Tego samego losu nie uniknęli także liczni kreskówkowi towarzysze naszego dzieciństwa. Czasem jest to powód do złapania się za głowę, jak chociażby w przypadku Misia Yogi, zdecydowanie mało przekonującego w superhiperwypasionej, glebowdepczej, kopozadniej grafice 3D, czy Smurfów popierdzielających po Manhatannie. Czekam na problemy Muminków związane z trudnym życiem na Bronxie. Wy też to widzicie? Tatuś Muminka fiksujacy po cracku razem z Paszczakiem, który ostatecznie zdradza swój gang i pod koniec dostaje kulkę od Ryjka. Ale wszystko i tak się dobrze kończy bo Muminek i Panna Migotka wyrywają się ostatecznie z getta i żyją długo i szczęśliwie w Beverly Hills.

A przecież można prościej i lepiej. Wrócić do korzeni, dodać trochę od siebie, usunąć stare błędy… i niestety nie uniknąć nowych. No właśnie, przejdźmy może do meritum, bowiem tytuł już zapewne niektórych zdezorientował.

Sprobuj przenieść się drogi czytelniku do magicznych lat twojego dzieciństwa i odpowiedzieć sobie na pytanie – jaka była twoja ulubiona kreskówka i czemu akurat „Batman TAS”? No właśnie, każdy może podać bez wahania przynajmniej kilka tytułów. A teraz pomyślcie drogie dzieci, ile razy oglądaliście coś… bo po prostu nie mieliście nic lepszego do roboty, nudziło się wam, po prostu oglądaliście coś dla samego ogladania, zdając sobie czasami sprawę z raczej niskiego poziomu show, oraz tego, że po prostu na innych kanałach panowała wtedy jeszcze większa posucha? Widzę zdumienie i jednocześnie zrozumienie na waszych twarzach, tak, każdy kiedyś oglądał coś takiego. Śmiało kto pierwszy poda przykład? Hm? Może ty tam, w trzecim rzędzie?

-„Kapitan Planeta”?
-Brawo, sztandarowy przykład show tak dennego, tak nahalnego w swojej formie, że po prostu musiało zaskarbić sobie jakieś grono widzów. Ktoś jeszcze?
-„Hey Arnold”?
-To było to o przygodach chłopca z głową jak piłka futbolowa z czego każdy zapamiętal tyle, że bohater miał głowę jak piłka futbolowa? Tak, kolejny dobry przykład.
-Pamiętam, że było jeszcze coś takiego o grupie kolesi jeżdżących na nartach… i o tym był cały serial… nie pamiętam tytułu.
-To akurat najlepiej świadczy o wspomnianym.
-„Inspector Gadget”?
-Przykro mi, ale właśnie zostajesz poproszony o opuszczenie sali za przypomnienie mi czegoś, czego naprawdę szczerze nienawidziłem przez całe dzieciństwo. Nie miej mi tego za złe, to po prostu bolesne.
-Ej, ale!…
-Ochrona, wyprowadzić go, byle brutalnie! No dobrze dzieci, a czemu nikt nie wspomniał o, uwaga werble, „Scooby Doo”? AłA! Za co ten zgniły pomidor?
-Scooby był fajny!
-Lubiłem Scoobiego!
-To kreskówka mojego życia!
-Szargasz świętość!
-Masturbowałem się myśląc o Daphne!
-A ja myśląc o Scoobym!
-Spokój, ludzie i zoofile! Proszę o spokój! I wysłuchanie…

Tak, oglądałem „Scooby Doo Where Are You”, jako dziecko przyklejone do szklanego ekranu, łykające wszystko co mu na nim podadzą. Więcej, zaliczyłem właściwie wszystkie późniejsze kontynuuacje i wariacje poczynając od pierwszych serii z udziałem Scrappiego, poprzez „13 Demonów…”, liczne starsze pełnometrażówki, kończąc wreszcie na takich abominacjach jak „Szczeniak zwany Scooby Doo”. Darowałem sobie filmy aktorskie, wystarczało mi zobaczyć trailer jedynki żeby pół dnia spędzić z głową w wiadrze. Zwyczajnie nie trawię filmów w których najlepszym aktorem jest pies, na dodatek animowany komputerowo. Ale poza tym tak, przyznaję, sporą część mojego dzieciństwa spędziłem w towarzystwie piątki melepetów rozwiązujących pseudo zagadki kryminalne.

Ale… ale jak mawiają Anglosasi, who fucking cares? Do dzisiaj nie jestem w stanie zrozmieć, co mną w zasadzie kierowało gdy marnowałem te kilkadziesiąt minut dziennie na oglądanie tej nudnej, schematycznej, irytującej popeliny. Więcej, nawet w tamtym okresie, okresie w którym byłem jeszcze nieukształtowany jak świeża paczka plasteliny i miałem gust na poziomie punktu widzenia mrówki, już wtedy, w sumie gapiłem się na to bez większego zainteresowania. Tak, wiem, że ten serial przez lata zaskarbił sobie miliony fanów na całym świecie, ale pomimo tego zawsze osobiście będę uważał go za króla spośród tych własnie show, które oglądaliśmy, bo… bo na Fox Kids mógł aktualnie lecieć „Inspector Gadget”.

Stąd pomyślałem sobie kiedyś „Nigdy więcej! Nigdy więcej nie zawieszę na tym oka! Jestem już dużym chłopcem i nie muszę przyjmować z uśmiechem wszystkiego co mi podadzą na telewizyjnej tacy!” Dzieki temu nastawieniu ominęły mnie nowsze pełnometrażówki, oraz „What’s new Scooby Doo?” I wtedy…

To było jak grom z jasnego nieba. Opening „Scooby Doo: Mystery Incorporated”, świeżutkiej serii ledwie z przed roku, nie mógł mi wylecieć z głowy. To był szok, to…to… to ma prawo być… interesujące? Coś powązanego z głupkowatym psem i jego kompanią ma szansę być interesujące, nie do wiary! Nie, nie ochłoń, ochłoń, stary, weź zimny prysznic, zażyj proszki, pobaw się kucykami Pony. Nie czarujmy się, to „Scooby Doo”! Ta seria jest jak elektorat PiS-u, nie ma prawa się zmienić! Co ty myślisz, że nagle, minimalnie chociaż pogłębią relacje między postaciami? Dodadzą jakiś wątek przewodni, sposępnią nieco klimat? I co, może jeszcze wierzysz, że bohaterowie staną się bardziej podejrzliwi? Albo liczysz na otwarte, pesymistyczne w wydźwięku zakończenie? Bueheheh!

*parę odcinkow później*

-…O kurczę…hmmm…

I właśnie stąd wziął się pomysł na wykorzystanie ideii bezczelnie zaiwanionej od popularnego Nostalgia Critica, Old VS. New, wielki pojedynek starej i popularnej wersji z jej młodszym bratem. Jest to próba odpowiedzi na pytanie, czy wreszcie warto jest zawiesić oko na Scooby Dooby Doooooo!? Ekhm, przepraszam…

Na pierwszy ogień idzie fabuła:

Nie wiem, czy jest jakikolwiek sens przybliżać komukolwiek fabułę Scoobiego, ale załóżmy, tak dla spełnienia obowiązku recenzenta, że jednak gdzieś tam jest jakaś osoba, która szczenięce lata spędziła pod kamieniem grając w karty ze stonogami. Specjalnie dla takich wyjaśniam iż fabuła SC WAY koncentrowała się na przygodach czwórki nastolatków; perfekcyjnie prefekcyjnego, wyglądającego jak pedał, lub marynarz, lub po prostu pedalski marynarz Freda, mdłej jak szpitalna zupka Daphne, inteligentnej brzyduli Velmy i Kudłatego, którego życiową pasją było wpierniczanie psiego żarcia razem z tytułowym gadającym dogiem niemieckim. Owa koślawa paczka zamiast sprzedać gadającego kundla do cyrku i za zarobione pieniądze urządzić dziką imprezę kończącą się przymocowaniem kogoś taśmą klejącą do sufitowego wentylatora, porusza się po całym świecie hipisowskim furgonikiem co rusz lądując cholera wie dlaczego zawsze w nocy na jakimś ponurym zadupiu. Tam zawsze spotykają kilka przerażonych postaci, wśród nich jednego „obviously the villain”, którzy sprzedają im info jakoby po danej miejscówce grasuje straszliwy potwór. Ponieważ wzywanie policji to w takim wypadku kiepski pomysł bohaterowie postanawiają zająć się tą sprawą na własną rękę. Fred, Daphne i Velma zbierają poszlaki, Kudłaty i Scooby na przemian się wydurniają i zwiewają przed straszydłem. Potem wszyscy zwiewają przed straszydłem, na podstawie poszlak dochodzą do wniosku, że to wszystko to jeden wielki bullshit, zastawiają pułapkę na potwora, którym w dziewięćdziesięciu procentach przypadków okazuje się „obviously the villain”. Koniec.

I tak w kółko. Człowiek podpiera brodę dłonią, przełącza na inny kanał… A tam „Inspector Gadget”. Poważnie, to było nudne! Nudne jak najbardziej śmierdzące flaki w najbardziej zjełczałym oleju. Ja oczywiście rozumiem, że targetem były tu głównie dzieci, które łykną wszystko, ale na Trygława i Swaroga, już w tamtych czasach powstawały show, które nie raziły tak powtarzalnością i nieciekawymi bohaterami. Nawet w przypadku ojca i matki Scoobiego, Hanny Barbery, która przecież nic takiego wyjątkowego nigdy nie stworzyła. Żeby to chociaż straszne było, ale nie! Głównie było głupkowate. Przykro mi, fanboje mogą mnie opluwać, ale ja po prostu nie mogę zrozumieć, czemu ten serial stał się tak popularny. Nawet humor był tam przeciętny. Tymczasem na Film Webie ktoś palnął, że „w przeciwieństwie do dzisiejszych bajek Scooby uczył o lojalnosci, przyjaźni, miłości”… że co? Gdzie? Jak? A może ja jestem po prostu głupi i całe dzieciństwo oglądałem co innego? Żyłem w innym świecie? Murzyn w skórzanym płaszczu podał mi czerwoną pigułkę i ktoś odczepił ode mnie rurki z truskawkowym kisielem?

Reasumując „SC WAY” było pieprzonym avatarem bogini Nudy. I nikt i nic nie przekona mnie, że jest inaczej.

***

To zadziwiające, ale po 11, czy ile ich tam właściwie było seriach ktoś wpadł, że Scooby’iemu przydałoby się choć szczypta nowości. Nie jest to całkowite okręcenie kota ogonem jak to było w przypadku „Kudłaty i Scooby na tropie”. To powrót do korzeni. W zamierzeniu twórców zapewne w lepszym stylu. Czy aby na pewno?

Fabuła Scooby Doo: Mystery incorporated koncentruje się tym razem na jedym miejscu, rodzinnym mieście bohaterów, Crystal Cove, robiącym za takie ichnie Amityville. Reklamowane jest jako centrum wszelkiem maści zjawisk paranormalnych. Mieszkańcom wcale to jednak nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, każdy chce na tym zbić kasiorę. Problem stanowi jednak czwórka wścibskich gówniarzy i ich pies, tym razem, patrzących na każdą zagadkę od początku z nieco bardziej sceptycznego punktu widzenia, aczkolwiek dalej, z zachowaniem dawnej, początkowej atmosfery grozy. Wow, faktycznie, po rozwiązaniu pizdyliarda podobnych spraw można nabrać odrobiny dystansu. W całej serii roi się od nawiązań do oryginału.

Bohaterowie są niemal w 99% identyczni, także pod względem fizycznym. Wprowadzono jednak delikatne zmiany, niekiedy na plus, niekiedy na minus. I tak chociażby Fred dalej popełnia najgorszy odzieżowy grzech jaki może popełnić mężczyzna, czyli zakładanie apaszki do swetra. Nie jest jednak tak nieomylny, wspaniały, zawsze zdecydowany, męski, inteligentny, przewidujący, świetnie zarządzający grupą i w ogóle naj naj na świecie. Koncentruje się przede wszystkim na konstruowaiu pułapek, wyglądających jak efekt współdziałania Gadget z „Brygady RR” z kojotem Wilusiem. Zdarza mu się walnąć wybitnie kretyński tekst, wybitnie nieodpowiedzialną i pokręconą akcję (vide kradzież „trupa” z ambulansu w pierwszym odcnku). Przez więkoszość czasu zachowuje się jak skończony idiota. To wszystko składa się na to, że nie zauważa jak bardzo jest nim zainteresowana Daphne. Dodatkowo musi się borykać z ojcem, burmistrzem pragnącym żeby syn przestał się uganiać za przebierańcami tylko zainteresowal się polityką.

Tak jest, okazuje się, że nasza szajka nie spadła z nieba jak Jaś Fasola. Oni mają rodziny! I nazwiska, wow! Daphne dalej robi czesto za dumbass in distress, ale stała się o wiele bardziej inteligentna, ciekawa i zaangażowana w każdą sprawę. Pochodzi z nadzianej rodziny. Jej starzy, zrobieni na typowych, wyprasowanych razem z ubraniami snobów pragną tylko żeby zaczyła myśleć o robieniu kariery tak jej cztery siostry i dała sobie siana z problematycznymi znajomymi. Podobnie zachowują się rodzice Norville’a sądząc, że przyjaciele mają na syna stanowczo zły wpływ. Kim jest Norville? To imię Kudłatego… tak, mój świat też już nigdy nie będzie taki sam, podobnie jak wtedy gdy znalazłem literkę „c” w logo Carrefoura. A sam Kudłaty? Dalej jest pierdołą przyjaźniącym się z psem, żarłokiem i trzęsidupą.

Zdecydowanie najlepiej wypada tym razem Velma. Zrobiła się lekko cyniczna i bezczelna, jej komentarze stanowią niekiedy najjaśniejszy punkt programu jeśli chodzi o jakość prezentowanego humoru. Drażnią ją rodzice próbujący zbić kasę na nawiedzających Crystal Cove osobliwościach. W sumie nie dziwię się. Też bym nie ufał swojej matce gdyby nosiła na szyi symbol Iluminatów:

Dodatkowo jest porządnie zabujana w Nor… tfu, Kudłatym. Ba, żeby tylko zabujana. Sprawia wrażenie jakby chciała go przelecieć jak dzika locha w każdej możliwej sytuacji. You know, it’s for kids 🙂 Kudłaty zaś czuje się rozdarty między możliwością rozprawiczenia się a przyjaźnią z zazdrosnym o dziewczynę psem… skomplikowane, tak… prawie jak relacje Gregory’ego House’a z Lisą Cuddy.

Sam Scooby w zasadzie nic się nie zmienił, co najwyżej wydaje się, że jego wypowiedzi stały się jakby bardziej rozbudowane. I znacznie częściej zdaża mu się wysmażyć jakąś konkretna akcję (vide chociażby odcinek 9)

No dobrze niby z bohaterami jest ciut lepiej. Dalej czasem drażnią, ale są jakby bardziej ludzcy, mają swoje problemy, przeżywają pierwsze zauroczenia, standard, ale wypada na ogół pozytywnie. A reszta? Cóż, nie ma co spodziewać się zbyt dużego przełomu. To dalej w końcu Scooby. Ponownie mamy w każdym odcinku tajemnicę, śledztwo, gonitwy i demaskowanie przebierańca. Jednak… o ile stare show było znacznie bardziej głupkowate niż straszne to SC: MI, jakkolwiek również zachowało w jakimś stopniu dawny „goofy tone”, ale zarazem o wiele lepiej daje sobie radę właśnie ze straszeniem. Ok, nie jest to oczywiście coś od czego włosy jeżą się na głowie i nie tylko, jednak wystarczy choćby pojrzeć na design potworów, żeby dostrzec, że ktoś tu jednak bardziej postarał. Niektóre monstra są naprawdę fajnie zaprojektowane, ba niekiedy adwersaże wywołują niepokój nawet bez swojego przebrania (vide wyjątkowo creepy zezowata mamuśka i jej synalek z drugiego odcinka). Także obowiązkowe clue programu, pogoń to inna bajka. To już częstokroć nie zrzyna z Bennego Hilla, tym razem autentycznie odnieść można wrażenie rzeczywistego zagrożenia, wreszcie czuje się, że oprawca chce dorwać gówniarzy i przerobić na kebab. Składa się na to kilka składowych m.in. muzyka
(niektóre z pośród przygrywających motywów autentycznie przywodzą na myśl sountrack rasowego filmu grozy!), a także dynamika, gra świateł i cieni. Wreszcie wygląda to porządnie, wreszcie patrzy się na to z zainteresowaniem, wreszcie coś się dzieje i chwała twórcom za to! Jeden z odcinków to z resztą wybitnie udane, na wpół dosłowne na wpół parodystyczne nawiązanie do prozy Lovecrafta!

 

Nowością jest też wątek przewodni w postaci tajemnicy z przeszłości związanej z zaginięciem pewnejgrupy osób, oraz podsyłane przyjaciołom wiadomości i wskazówek od tajemniczego Pana E. (po angielsku brzmi bardziej „tajemniczo” Mr. E hihi, sucharek lingwistyczny). Ów jegomość wydaje się być powiązany ze wspomnianą zagadką, a finał wszystkiego jest… well, nie spoilerując nadmienię tylko, że na pewno nie jest to coś czego bym się spodziewał po show ze Scoobym. Tak samo jak i tego, że nie będę mogł się doczekać kolejnej serii. To niesamowite, ale muszę z czystym sumieniem przyznac, że Scooby zaczął wciągąć! Owszem dalej wali swoim kultowym schematem, ale poszczególne odcinki są zwyczajnie fajne! Na tyle, że zarzut o powtarzalność zwyczajnie odchodzi w niepamięć. Nie ważne, że wiem jak skończy się kolejna sprawa, chcę zobaczyć nowego cool looking monstera i jaki numer mu tym razem wywiną. I o to chodzi!

Chyba nie zdziwi nikogo fakt, że również w przypadku grafiki oddaję palmę pierwszeństwa SC: MI. Trudno oczekiwać, żeby show z przed kilkudziesięciu lat dotrzymywało kroku bez zadyszki młodszemu bratu. O tak, Mystery Incorporated wygląda świetnie. Design postaci nie drażni (może jedynie śmieszy mnie kwadratowa szczena Freda), wręcz zalicza się na plus, zwłaszcza w przypadku Velmy, która wreszcie nie wygląda jak stereotyp szpetnej lesbijki, tylko jak coś, potecjalnie w animowanych standardach „fuckable”. I jakkolwiek nie jest to oczywiscie wina SC WAY, że jest archaiczne i wygląda archaicznie, to jednak gdy mam do wyboru oglądać coś reprezentuje sobą dynamikę, soczyste barwy, świetne tła, spoko soundrack oraz coś co reprezentuje sobą… właściwie nic, to sorry Winnetou, wybieram to pierwsze.

Jedno tylko muszę oddać SC WAY, deklasuje on następcę w kwestii openingu. Moge psioczyć na poziom samego show, ale słynne „Scooooby Dooby Doooo!” nigdy nie mogło mi wylecieć z głowy gdy raz już w niej zamieszkało. W przypadku Mystery Incorporated mamy jedynie króciutką melodyjkę inspirowana lekko X Files i okraszoną mało ciekawymi scenkami. Well, point for old one…

Punkt, który ostatecznie nie przesądza jednak o wyniku starcia. SC MI deklasuje pierwowzór prawie we wszystkim. To bardzo, bardzo fajna animowana seria. Ma swoje wady, czasami jest równie głupawy jak poprzednicy, ale w ogólnym rozrachunku nie zawodzi. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy potrafi przełknąć starych bohaterów w nowym wydaniu, sam mam z reguły alergię na coś takiego. ale tym razem jednak naprawdę warto dać remake’owi szansę. Mystery Incorporated zwycięzcą!

I’m Nostalgia Critic, I remember so… Ups, sorry Doug, chociaż i tak nigdy się o tym nie dowiesz :c)

Post Navigation