messinmyhead

Kraina Zgryźliwego Tetryka

The Old vs. New – Scooby Doo Where Are You VS. Scooby Doo Mystery Incorporated.

  Vs. 

Dzisiaj pobawimy się w porównania.

Akutalnie żyjemy w czasach odświeżania starych filmowych hitów. Reboot goni reboot i rimejkiem pogania. Ostatni obraz o Conanie, tym razem bez udziału Arnolda jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. „Fright Night”, „Captain America”, „A-team”, parę lat temu „Omen”. Sporo tego, a ponoć za stare zrobiły się także „Ucieczka z Nowego Jorku”, „Jak ugryźć 10 milionów”, a „Ptaki” Hichtcocka mają w przyszłości podziobać Willa Smitha. Tego samego losu nie uniknęli także liczni kreskówkowi towarzysze naszego dzieciństwa. Czasem jest to powód do złapania się za głowę, jak chociażby w przypadku Misia Yogi, zdecydowanie mało przekonującego w superhiperwypasionej, glebowdepczej, kopozadniej grafice 3D, czy Smurfów popierdzielających po Manhatannie. Czekam na problemy Muminków związane z trudnym życiem na Bronxie. Wy też to widzicie? Tatuś Muminka fiksujacy po cracku razem z Paszczakiem, który ostatecznie zdradza swój gang i pod koniec dostaje kulkę od Ryjka. Ale wszystko i tak się dobrze kończy bo Muminek i Panna Migotka wyrywają się ostatecznie z getta i żyją długo i szczęśliwie w Beverly Hills.

A przecież można prościej i lepiej. Wrócić do korzeni, dodać trochę od siebie, usunąć stare błędy… i niestety nie uniknąć nowych. No właśnie, przejdźmy może do meritum, bowiem tytuł już zapewne niektórych zdezorientował.

Sprobuj przenieść się drogi czytelniku do magicznych lat twojego dzieciństwa i odpowiedzieć sobie na pytanie – jaka była twoja ulubiona kreskówka i czemu akurat „Batman TAS”? No właśnie, każdy może podać bez wahania przynajmniej kilka tytułów. A teraz pomyślcie drogie dzieci, ile razy oglądaliście coś… bo po prostu nie mieliście nic lepszego do roboty, nudziło się wam, po prostu oglądaliście coś dla samego ogladania, zdając sobie czasami sprawę z raczej niskiego poziomu show, oraz tego, że po prostu na innych kanałach panowała wtedy jeszcze większa posucha? Widzę zdumienie i jednocześnie zrozumienie na waszych twarzach, tak, każdy kiedyś oglądał coś takiego. Śmiało kto pierwszy poda przykład? Hm? Może ty tam, w trzecim rzędzie?

-„Kapitan Planeta”?
-Brawo, sztandarowy przykład show tak dennego, tak nahalnego w swojej formie, że po prostu musiało zaskarbić sobie jakieś grono widzów. Ktoś jeszcze?
-„Hey Arnold”?
-To było to o przygodach chłopca z głową jak piłka futbolowa z czego każdy zapamiętal tyle, że bohater miał głowę jak piłka futbolowa? Tak, kolejny dobry przykład.
-Pamiętam, że było jeszcze coś takiego o grupie kolesi jeżdżących na nartach… i o tym był cały serial… nie pamiętam tytułu.
-To akurat najlepiej świadczy o wspomnianym.
-„Inspector Gadget”?
-Przykro mi, ale właśnie zostajesz poproszony o opuszczenie sali za przypomnienie mi czegoś, czego naprawdę szczerze nienawidziłem przez całe dzieciństwo. Nie miej mi tego za złe, to po prostu bolesne.
-Ej, ale!…
-Ochrona, wyprowadzić go, byle brutalnie! No dobrze dzieci, a czemu nikt nie wspomniał o, uwaga werble, „Scooby Doo”? AłA! Za co ten zgniły pomidor?
-Scooby był fajny!
-Lubiłem Scoobiego!
-To kreskówka mojego życia!
-Szargasz świętość!
-Masturbowałem się myśląc o Daphne!
-A ja myśląc o Scoobym!
-Spokój, ludzie i zoofile! Proszę o spokój! I wysłuchanie…

Tak, oglądałem „Scooby Doo Where Are You”, jako dziecko przyklejone do szklanego ekranu, łykające wszystko co mu na nim podadzą. Więcej, zaliczyłem właściwie wszystkie późniejsze kontynuuacje i wariacje poczynając od pierwszych serii z udziałem Scrappiego, poprzez „13 Demonów…”, liczne starsze pełnometrażówki, kończąc wreszcie na takich abominacjach jak „Szczeniak zwany Scooby Doo”. Darowałem sobie filmy aktorskie, wystarczało mi zobaczyć trailer jedynki żeby pół dnia spędzić z głową w wiadrze. Zwyczajnie nie trawię filmów w których najlepszym aktorem jest pies, na dodatek animowany komputerowo. Ale poza tym tak, przyznaję, sporą część mojego dzieciństwa spędziłem w towarzystwie piątki melepetów rozwiązujących pseudo zagadki kryminalne.

Ale… ale jak mawiają Anglosasi, who fucking cares? Do dzisiaj nie jestem w stanie zrozmieć, co mną w zasadzie kierowało gdy marnowałem te kilkadziesiąt minut dziennie na oglądanie tej nudnej, schematycznej, irytującej popeliny. Więcej, nawet w tamtym okresie, okresie w którym byłem jeszcze nieukształtowany jak świeża paczka plasteliny i miałem gust na poziomie punktu widzenia mrówki, już wtedy, w sumie gapiłem się na to bez większego zainteresowania. Tak, wiem, że ten serial przez lata zaskarbił sobie miliony fanów na całym świecie, ale pomimo tego zawsze osobiście będę uważał go za króla spośród tych własnie show, które oglądaliśmy, bo… bo na Fox Kids mógł aktualnie lecieć „Inspector Gadget”.

Stąd pomyślałem sobie kiedyś „Nigdy więcej! Nigdy więcej nie zawieszę na tym oka! Jestem już dużym chłopcem i nie muszę przyjmować z uśmiechem wszystkiego co mi podadzą na telewizyjnej tacy!” Dzieki temu nastawieniu ominęły mnie nowsze pełnometrażówki, oraz „What’s new Scooby Doo?” I wtedy…

To było jak grom z jasnego nieba. Opening „Scooby Doo: Mystery Incorporated”, świeżutkiej serii ledwie z przed roku, nie mógł mi wylecieć z głowy. To był szok, to…to… to ma prawo być… interesujące? Coś powązanego z głupkowatym psem i jego kompanią ma szansę być interesujące, nie do wiary! Nie, nie ochłoń, ochłoń, stary, weź zimny prysznic, zażyj proszki, pobaw się kucykami Pony. Nie czarujmy się, to „Scooby Doo”! Ta seria jest jak elektorat PiS-u, nie ma prawa się zmienić! Co ty myślisz, że nagle, minimalnie chociaż pogłębią relacje między postaciami? Dodadzą jakiś wątek przewodni, sposępnią nieco klimat? I co, może jeszcze wierzysz, że bohaterowie staną się bardziej podejrzliwi? Albo liczysz na otwarte, pesymistyczne w wydźwięku zakończenie? Bueheheh!

*parę odcinkow później*

-…O kurczę…hmmm…

I właśnie stąd wziął się pomysł na wykorzystanie ideii bezczelnie zaiwanionej od popularnego Nostalgia Critica, Old VS. New, wielki pojedynek starej i popularnej wersji z jej młodszym bratem. Jest to próba odpowiedzi na pytanie, czy wreszcie warto jest zawiesić oko na Scooby Dooby Doooooo!? Ekhm, przepraszam…

Na pierwszy ogień idzie fabuła:

Nie wiem, czy jest jakikolwiek sens przybliżać komukolwiek fabułę Scoobiego, ale załóżmy, tak dla spełnienia obowiązku recenzenta, że jednak gdzieś tam jest jakaś osoba, która szczenięce lata spędziła pod kamieniem grając w karty ze stonogami. Specjalnie dla takich wyjaśniam iż fabuła SC WAY koncentrowała się na przygodach czwórki nastolatków; perfekcyjnie prefekcyjnego, wyglądającego jak pedał, lub marynarz, lub po prostu pedalski marynarz Freda, mdłej jak szpitalna zupka Daphne, inteligentnej brzyduli Velmy i Kudłatego, którego życiową pasją było wpierniczanie psiego żarcia razem z tytułowym gadającym dogiem niemieckim. Owa koślawa paczka zamiast sprzedać gadającego kundla do cyrku i za zarobione pieniądze urządzić dziką imprezę kończącą się przymocowaniem kogoś taśmą klejącą do sufitowego wentylatora, porusza się po całym świecie hipisowskim furgonikiem co rusz lądując cholera wie dlaczego zawsze w nocy na jakimś ponurym zadupiu. Tam zawsze spotykają kilka przerażonych postaci, wśród nich jednego „obviously the villain”, którzy sprzedają im info jakoby po danej miejscówce grasuje straszliwy potwór. Ponieważ wzywanie policji to w takim wypadku kiepski pomysł bohaterowie postanawiają zająć się tą sprawą na własną rękę. Fred, Daphne i Velma zbierają poszlaki, Kudłaty i Scooby na przemian się wydurniają i zwiewają przed straszydłem. Potem wszyscy zwiewają przed straszydłem, na podstawie poszlak dochodzą do wniosku, że to wszystko to jeden wielki bullshit, zastawiają pułapkę na potwora, którym w dziewięćdziesięciu procentach przypadków okazuje się „obviously the villain”. Koniec.

I tak w kółko. Człowiek podpiera brodę dłonią, przełącza na inny kanał… A tam „Inspector Gadget”. Poważnie, to było nudne! Nudne jak najbardziej śmierdzące flaki w najbardziej zjełczałym oleju. Ja oczywiście rozumiem, że targetem były tu głównie dzieci, które łykną wszystko, ale na Trygława i Swaroga, już w tamtych czasach powstawały show, które nie raziły tak powtarzalnością i nieciekawymi bohaterami. Nawet w przypadku ojca i matki Scoobiego, Hanny Barbery, która przecież nic takiego wyjątkowego nigdy nie stworzyła. Żeby to chociaż straszne było, ale nie! Głównie było głupkowate. Przykro mi, fanboje mogą mnie opluwać, ale ja po prostu nie mogę zrozumieć, czemu ten serial stał się tak popularny. Nawet humor był tam przeciętny. Tymczasem na Film Webie ktoś palnął, że „w przeciwieństwie do dzisiejszych bajek Scooby uczył o lojalnosci, przyjaźni, miłości”… że co? Gdzie? Jak? A może ja jestem po prostu głupi i całe dzieciństwo oglądałem co innego? Żyłem w innym świecie? Murzyn w skórzanym płaszczu podał mi czerwoną pigułkę i ktoś odczepił ode mnie rurki z truskawkowym kisielem?

Reasumując „SC WAY” było pieprzonym avatarem bogini Nudy. I nikt i nic nie przekona mnie, że jest inaczej.

***

To zadziwiające, ale po 11, czy ile ich tam właściwie było seriach ktoś wpadł, że Scooby’iemu przydałoby się choć szczypta nowości. Nie jest to całkowite okręcenie kota ogonem jak to było w przypadku „Kudłaty i Scooby na tropie”. To powrót do korzeni. W zamierzeniu twórców zapewne w lepszym stylu. Czy aby na pewno?

Fabuła Scooby Doo: Mystery incorporated koncentruje się tym razem na jedym miejscu, rodzinnym mieście bohaterów, Crystal Cove, robiącym za takie ichnie Amityville. Reklamowane jest jako centrum wszelkiem maści zjawisk paranormalnych. Mieszkańcom wcale to jednak nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, każdy chce na tym zbić kasiorę. Problem stanowi jednak czwórka wścibskich gówniarzy i ich pies, tym razem, patrzących na każdą zagadkę od początku z nieco bardziej sceptycznego punktu widzenia, aczkolwiek dalej, z zachowaniem dawnej, początkowej atmosfery grozy. Wow, faktycznie, po rozwiązaniu pizdyliarda podobnych spraw można nabrać odrobiny dystansu. W całej serii roi się od nawiązań do oryginału.

Bohaterowie są niemal w 99% identyczni, także pod względem fizycznym. Wprowadzono jednak delikatne zmiany, niekiedy na plus, niekiedy na minus. I tak chociażby Fred dalej popełnia najgorszy odzieżowy grzech jaki może popełnić mężczyzna, czyli zakładanie apaszki do swetra. Nie jest jednak tak nieomylny, wspaniały, zawsze zdecydowany, męski, inteligentny, przewidujący, świetnie zarządzający grupą i w ogóle naj naj na świecie. Koncentruje się przede wszystkim na konstruowaiu pułapek, wyglądających jak efekt współdziałania Gadget z „Brygady RR” z kojotem Wilusiem. Zdarza mu się walnąć wybitnie kretyński tekst, wybitnie nieodpowiedzialną i pokręconą akcję (vide kradzież „trupa” z ambulansu w pierwszym odcnku). Przez więkoszość czasu zachowuje się jak skończony idiota. To wszystko składa się na to, że nie zauważa jak bardzo jest nim zainteresowana Daphne. Dodatkowo musi się borykać z ojcem, burmistrzem pragnącym żeby syn przestał się uganiać za przebierańcami tylko zainteresowal się polityką.

Tak jest, okazuje się, że nasza szajka nie spadła z nieba jak Jaś Fasola. Oni mają rodziny! I nazwiska, wow! Daphne dalej robi czesto za dumbass in distress, ale stała się o wiele bardziej inteligentna, ciekawa i zaangażowana w każdą sprawę. Pochodzi z nadzianej rodziny. Jej starzy, zrobieni na typowych, wyprasowanych razem z ubraniami snobów pragną tylko żeby zaczyła myśleć o robieniu kariery tak jej cztery siostry i dała sobie siana z problematycznymi znajomymi. Podobnie zachowują się rodzice Norville’a sądząc, że przyjaciele mają na syna stanowczo zły wpływ. Kim jest Norville? To imię Kudłatego… tak, mój świat też już nigdy nie będzie taki sam, podobnie jak wtedy gdy znalazłem literkę „c” w logo Carrefoura. A sam Kudłaty? Dalej jest pierdołą przyjaźniącym się z psem, żarłokiem i trzęsidupą.

Zdecydowanie najlepiej wypada tym razem Velma. Zrobiła się lekko cyniczna i bezczelna, jej komentarze stanowią niekiedy najjaśniejszy punkt programu jeśli chodzi o jakość prezentowanego humoru. Drażnią ją rodzice próbujący zbić kasę na nawiedzających Crystal Cove osobliwościach. W sumie nie dziwię się. Też bym nie ufał swojej matce gdyby nosiła na szyi symbol Iluminatów:

Dodatkowo jest porządnie zabujana w Nor… tfu, Kudłatym. Ba, żeby tylko zabujana. Sprawia wrażenie jakby chciała go przelecieć jak dzika locha w każdej możliwej sytuacji. You know, it’s for kids 🙂 Kudłaty zaś czuje się rozdarty między możliwością rozprawiczenia się a przyjaźnią z zazdrosnym o dziewczynę psem… skomplikowane, tak… prawie jak relacje Gregory’ego House’a z Lisą Cuddy.

Sam Scooby w zasadzie nic się nie zmienił, co najwyżej wydaje się, że jego wypowiedzi stały się jakby bardziej rozbudowane. I znacznie częściej zdaża mu się wysmażyć jakąś konkretna akcję (vide chociażby odcinek 9)

No dobrze niby z bohaterami jest ciut lepiej. Dalej czasem drażnią, ale są jakby bardziej ludzcy, mają swoje problemy, przeżywają pierwsze zauroczenia, standard, ale wypada na ogół pozytywnie. A reszta? Cóż, nie ma co spodziewać się zbyt dużego przełomu. To dalej w końcu Scooby. Ponownie mamy w każdym odcinku tajemnicę, śledztwo, gonitwy i demaskowanie przebierańca. Jednak… o ile stare show było znacznie bardziej głupkowate niż straszne to SC: MI, jakkolwiek również zachowało w jakimś stopniu dawny „goofy tone”, ale zarazem o wiele lepiej daje sobie radę właśnie ze straszeniem. Ok, nie jest to oczywiście coś od czego włosy jeżą się na głowie i nie tylko, jednak wystarczy choćby pojrzeć na design potworów, żeby dostrzec, że ktoś tu jednak bardziej postarał. Niektóre monstra są naprawdę fajnie zaprojektowane, ba niekiedy adwersaże wywołują niepokój nawet bez swojego przebrania (vide wyjątkowo creepy zezowata mamuśka i jej synalek z drugiego odcinka). Także obowiązkowe clue programu, pogoń to inna bajka. To już częstokroć nie zrzyna z Bennego Hilla, tym razem autentycznie odnieść można wrażenie rzeczywistego zagrożenia, wreszcie czuje się, że oprawca chce dorwać gówniarzy i przerobić na kebab. Składa się na to kilka składowych m.in. muzyka
(niektóre z pośród przygrywających motywów autentycznie przywodzą na myśl sountrack rasowego filmu grozy!), a także dynamika, gra świateł i cieni. Wreszcie wygląda to porządnie, wreszcie patrzy się na to z zainteresowaniem, wreszcie coś się dzieje i chwała twórcom za to! Jeden z odcinków to z resztą wybitnie udane, na wpół dosłowne na wpół parodystyczne nawiązanie do prozy Lovecrafta!

 

Nowością jest też wątek przewodni w postaci tajemnicy z przeszłości związanej z zaginięciem pewnejgrupy osób, oraz podsyłane przyjaciołom wiadomości i wskazówek od tajemniczego Pana E. (po angielsku brzmi bardziej „tajemniczo” Mr. E hihi, sucharek lingwistyczny). Ów jegomość wydaje się być powiązany ze wspomnianą zagadką, a finał wszystkiego jest… well, nie spoilerując nadmienię tylko, że na pewno nie jest to coś czego bym się spodziewał po show ze Scoobym. Tak samo jak i tego, że nie będę mogł się doczekać kolejnej serii. To niesamowite, ale muszę z czystym sumieniem przyznac, że Scooby zaczął wciągąć! Owszem dalej wali swoim kultowym schematem, ale poszczególne odcinki są zwyczajnie fajne! Na tyle, że zarzut o powtarzalność zwyczajnie odchodzi w niepamięć. Nie ważne, że wiem jak skończy się kolejna sprawa, chcę zobaczyć nowego cool looking monstera i jaki numer mu tym razem wywiną. I o to chodzi!

Chyba nie zdziwi nikogo fakt, że również w przypadku grafiki oddaję palmę pierwszeństwa SC: MI. Trudno oczekiwać, żeby show z przed kilkudziesięciu lat dotrzymywało kroku bez zadyszki młodszemu bratu. O tak, Mystery Incorporated wygląda świetnie. Design postaci nie drażni (może jedynie śmieszy mnie kwadratowa szczena Freda), wręcz zalicza się na plus, zwłaszcza w przypadku Velmy, która wreszcie nie wygląda jak stereotyp szpetnej lesbijki, tylko jak coś, potecjalnie w animowanych standardach „fuckable”. I jakkolwiek nie jest to oczywiscie wina SC WAY, że jest archaiczne i wygląda archaicznie, to jednak gdy mam do wyboru oglądać coś reprezentuje sobą dynamikę, soczyste barwy, świetne tła, spoko soundrack oraz coś co reprezentuje sobą… właściwie nic, to sorry Winnetou, wybieram to pierwsze.

Jedno tylko muszę oddać SC WAY, deklasuje on następcę w kwestii openingu. Moge psioczyć na poziom samego show, ale słynne „Scooooby Dooby Doooo!” nigdy nie mogło mi wylecieć z głowy gdy raz już w niej zamieszkało. W przypadku Mystery Incorporated mamy jedynie króciutką melodyjkę inspirowana lekko X Files i okraszoną mało ciekawymi scenkami. Well, point for old one…

Punkt, który ostatecznie nie przesądza jednak o wyniku starcia. SC MI deklasuje pierwowzór prawie we wszystkim. To bardzo, bardzo fajna animowana seria. Ma swoje wady, czasami jest równie głupawy jak poprzednicy, ale w ogólnym rozrachunku nie zawodzi. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy potrafi przełknąć starych bohaterów w nowym wydaniu, sam mam z reguły alergię na coś takiego. ale tym razem jednak naprawdę warto dać remake’owi szansę. Mystery Incorporated zwycięzcą!

I’m Nostalgia Critic, I remember so… Ups, sorry Doug, chociaż i tak nigdy się o tym nie dowiesz :c)

Reklamy

Single Post Navigation

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: