messinmyhead

Kraina Zgryźliwego Tetryka

Diabeł diabłu nierówny? – wielkie porównanie – Devil May Cry 3 Vs. Devil May Cry 4

  

Devil May Cry 3 to gra, która odcisnęła na mnie trwałe piętno. W momencie gdy usiadłem do niej na dobre nie liczyły się dla mnie nawet nieznajomość dwóch poprzednich odsłon serii, ani nawet arcymarny poziom konwersji na PC. Łyknąłem prequel przygód Dantego, łowcy demonów i największego kozaka w dziejach elektronicznej rozrywki, jak bardzo smaczne, ciepłe danie. Rozmiłowałem się w charyzmatycznym bohaterze i piekielnie dynamicznym, soczystym i brutalnym stylu rozgrywki. Ukończyłem grę kilkakrotnie, za każdym razem na wyższym poziomie trudności, pozostawiając ledwie ruszony jedynie ostatni, który był już nie na moje siły. Nawet dużo, dużo później, zdarzało mi się wracać cyklicznie do gry pomimo tego, że w zasadzie znałem już jej wszystkie tajemnice. To wszystko złożyło się na to, że gdy dziś mowa jest o slasherach, zawsze mam najpierw przed oczami bałowłosego gieroja, nie dbając zbytnio o napompowanych testosteronem Spartan, czy długonogie czarownice. Pragnąłem jednak wiecej. Tym bardziej więc zapałałem głęboką nienawiścią do własnego kompa gdy ten pierwszą próbę odpalenia części czwartej jakieś trzy lata temu skwitował jedynie rzężącym kaszlem zintegrowanej karty graficznej, spojrzał mi głęboko w oczy z czeluści stacji dyskow i spytał na wpół szyderczo, na wpół smutno „jaja sobie robisz? Za nic tego nie pociągnę!”
Na szczęście czasy się zmieniają, po drodze trafiają się czasem dobrym ludziom tak upgrade’y sprzęu jak i originalne DMC4. Odkąd parę miechów temu w łapy wpadła mi wreszcie i raczyła ładnie śmigać, ostatnia jak do tej pory odsłona cyklu (co niedługo ma się zmienić) cały czas targają mną sprzeczne uczucia. Z jednej strony ilość miodu jaka wylewa się podczas gry starczyłaby za zapasy sporej pasieki, z drugiej zaś co i rusz twarz mą przystojną wykrzywia grymas z pod znaku „W trójce to a to było lepsze”. Uczucia na tyle sprzeczne, że ostatecznie postanowiłem je przelać na wirtualny papier i zrobić wielkie porównanie dwóch świetnych gier z tej samej serii.

UWAGA! ZAWIERA ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW!

1. Charakter rozgrywki:

DMC3 – Trojeczka jako pierwsza odsłona cyklu wprowadziła cztery odmienne style walki, ustawiane przed rozpoczęciem misji i determinujące charakter zabawy; Trickster – umożliwiający szybkie uniki, akrobacje itp. duperele, Swordmaster, pozwalający na maksa wykorzystać broń białą, analogiczny dla pukawek Gunslinger oraz pasywny, koncentrujący się na blokach i kontrach Royalguard. W miarę postępu w grze dochodzą do nich jeszcze bonusowe Quicksilver, umożliwiający spowolnianie czasu oraz generujący pomagającego nam walce sobowtora Doppelganger. Jeśli chodzi o zabawki, na użytek Dantego zostały w tej części oddane dupny miecz Rebellion, Cerberus, coś w rodzaju nunchaku operującego elementem lodu, Agni & Rudra, dwa sejmitary władające odpowiednio żywiołami ognia i powietrza, Nevan, miks kosopodobnego ostrza z elektryczną gitarą (!) oraz Beowulf, potężna para bojowych butów i rękawic. Na odległość możemy razić wraże maszkary z kultowych pistoletów Dantego, Ebony & Ivory, starego kumpla obrzyna, Artemis, broni ze świata demonów, Sphirala, dalekosiężnego karabinu oraz bazooki Kalina Ann. Między broniami (w czasie gry można mieć jedynie cztery sztuki oręża) możemy się dowolnie błyskawicznie przełączać tworząc takie kombinacje ciosów jakie się nam tylko zamarzą. W dodatku nie ma tu broni wyraźnie najsłabszej i najpotężniejszej, są co najwyżej wygodniejsze i mniej wygodne w używaniu, a niektóre mogą określonym typom przeciwników zdawać bonusowe obrażenia! Zarówno style jak i narzędzia służące wysyłaniu demonów z powrotem do piekła trzeba ulepszyć grając jak najwięcej (to w przypadku styli), a także wykorzystując do tego zbierane w czasie rozgrywki, obecne w serii od samego początku czerwone orby, czyli skrystalizowane dusze. Jakby tego bylo mało po jednorazowym przejściu gry dostajemy możliwość przejścia całości jako Vergil, zły brat bliźniak Dantego, który co prawda nie otrzymuje osobnej historii, za to ma zupełnie inny, choć odrobinę okrojony w porównaniu z bratem zestaw combosów, a także unikalny styl Darkslayer koncentrujący się na teleportacji i błyskawicznym doskakiwaniu do adwersaża. Byłbym zapomniał, także tutaj Dante ma dostęp do znanej z poprzednich części umiejętności Devil Trigger, czyli zamiany w super szybkiego, silnego i wytrzymałego demona. Od czasu do czasu przyjdzie nam przerwać na chwilę efektowną rzeźnię w celu rozwiązania jakże niebanalnej zagadki logicznej w rodzaju „znajdź Śmieszny Przedmiot aby włożyć go do Śmiesznej Dziury co otworzy kolejne drzwi”.

Ogółem całość pozwala na zmontowanie kombinacji efektownych jak piersi młodej naturystki. Jeśli dodamy do tego możliwość rzucania w kierunku wroga kpiących komentarzy i sporo ruchów aż nadto jajcarskich (jak ślizganie się na powalonym przeciwniku krzycząc jednocześnie WOHOOOO!) wyjdzie nam ideał, gra która umożliwia nam rozsmarowanie wroga niczym zjełczałego masła na czerstwej kromce, ale też drwiąca sobie z powagi innych, podobnych produkcji. A może macie ochotę wcielić się w pstatniego bossa? Proszę bardzo, po jednorazowym przejściu gry grywalny staje się zły brat bliźniak Dantego, Vergil, mający w arsenale bonusowy styl i inne combosy! Ogółem młóci się świetnie, praktycznie w każdej możliwej kombinacji stylu i broni. Jedynie styl Doppelganger nie przypadł mi kompletnie do gustu. Sterowany przez sztuczną inteligencję sobowtór poziomem lotności dorownuje upośledzonemu pantofelkowi, co udowania najczęściej blokując się w najbliższym zaułku i wściekle okładając straszliwego wroga jakim jest ściana. Mimo tego drobnego zgrzytu gameplay cacy!

***

DMC4 – Największym zarzutem pod adresem nextgenowych przygód Dantego było… no właśnie to, że nie miały to być jedynie przygody Dantego. Stary wyjadacz co prawda nie przechodzi na emeryturę i dalej ma dużo do powiedzienia, zarowno jako boss jak i grywalna postać, jednak na plan pierwszy wysuwa się przede wszystkim nowa dramatis personae, Nero, młody rycerz tajemniczego Order Of The Sword, czcicieli Spardy i obrońców biednych i uciśnionych fanów Assasins Creed (seriously, czy komukolwiek nie przyszlo to na myśl gdy oglądał cutscenki?). Młodzian w granatowym kabacie podobnie jak jego wielki poprzednik pochwalić się może przedwczesną siwizną, ale jakkolwiek jest zadziorny i uszczypliwy to jednak nie da się go polubić tak jak Dantego. O tym jednak później albowiem w tym akapicie pod lupę idzie przecież charakter rozgrywki.

Wspomnieć należy przede wszystkim o patencie zarezerwowanym jedynie dla Nero, Devil Bringerze. Świecąco na niebiesko prawa ręka młodego zabijaki dysponuje gigantyczną siłą i możliwością wydłużania się i chwytania z daleka przeciwników. Tutaj zaczyna się prawdziwa zabawa. Marzy ci się złapać jakąś maszkarę za ogon, zakręcić nią młyńca jednocześnie raniąc jej kumpli i na koniec cisnąć ją przed siebie jak worek kartofli? A może wolałbyś złapać ogromnego bossa za mordę po czym dosłownie wbić go w ziemię? Devil bringer to właśnie umożliwia. Przy pomocy demonicznej łapy możemy miażdżyć wrogów, chwytać na ziemi i w powietrzu, a także łapać się niektórych przedmiotow co przyśpiesza poruszanie się po lokacjach. Krótko mówiąc znakomity pomysł. Na dodatek wraz z aktywacją Devil Triggera chwyty jakie bohater wykonuje na potworach stają się jeszcze bardziej brutalne – Sweet! W ekwipunku Nero znajdują się też dwulufowy rewolwer Blue Rose i miecz Red Queen z wbudowaną funkcją Exceed umożliwiającą doładowanie ostrza energią co pozwala na wyprowadzenie bardziej zabójczych cięć. Ogółem gameplay Nero jest ogromnie przyjemny i diablo dynamiczny. Niewielka ilość broni w ogóle nie przeszkadza w zabawie. Jakkolwiek nie lubię młodego jako postaci, tak samo szatkowanie z jego pomocą demonów to czysta przyjemność. Z pewnością jednak walka Nero jest dużo łatwiejsza. Nawet twoja babcia wbiłaby bez problemu SStylish na combometrze.

Mniej więcej od połowy gry przyjdzie nam rozegrać kilka misji jako Dante. I tutaj niestety zaczynają się pewne zgrzyty. Nie chodzi bynajmniej o gameplay, ten za bardzo się nie zmienił. Dodano jedynie możliwość przełączania się między poszczególnymi stylami w czasie walki co umożliwia jeszcze więcej możliwości dla kombinacji ciosów. Rozchodzi mi się o to, że synowi Spardy udostępniono do przejścia nędzne ochłapy, a nie rasowe misje! Łazimy po tych samych, ledwo, ledwo zmienionych lokacjach, pokonujemy tych samych bossów. Jak żyję backtracking miał miejsce również w trójeczce, ale to były raczej krople w oceanie, tutaj natomiast mamy prawie dwa razy większą powtórkę z rozgrywki. Jakby tego było mało w przedostatniej misji… znowu musimy powtórzyć tych samych bossów! Trzeci raz! To już zakrawa o kpinę i wskazuje na ordynarne wręcz lenistwo twórców. Proponowałbym wydzierganie na gobelinie i powieszenie sobie w salonie nad kominkiem słowa „rutyna”…

No i jeszcze zestaw broni Dantego… Powracają znane i lubiane Rebellion, pistolety i shotgun. Mieczysko ma praktycznie ten sam zestaw combosów. Natomiast reszta Devil Arms… nie powiem są fajne, ale chyba nie aż tak jak zabawki z trójki. Gilgamesh co prawda świetnie wygląda i przyjemnie się go używa, ale jest jednym wielkim rip offem z Beowulfa, po prostu to już było, trzecia para gauntletów w serii. Wielofunkcyjna broń zasięgowa, Pandora jest ciekawa, ale mało poręczna, zaś Lucifer Armor, coś w rodzaju aparatu wystrzeliwującego czerwone wybuchowe ostrza nie zachwyca siłą obalającą, bardziej nadaje się do osłabienia przeciwnika na początku walki niż dobijania. Ogółem nie jest źle, jest w porządku… ale jednak cały czas miałem wrażenie, że Dante bardziej grywalny był w poprzedniej odsłonie, nawet pomimo jednego stylu na całą misję.

Raczej negatywne odczucia wzbudził też we mnie nowy system rozwoju postaci. Dalej zbieramy w czasie gry czerwone orby, ale kupujemy za nie jedynie itemy. Nowe comba dostajemy z kolei wymieniając je za tzw. Proud Souls przyznawane pod koniec etapu w zależności od ostatecznej oceny końcowej. Pytam się grzecznie – na jaką cholerę przeprowadzono ten podział? Co było złego w zbieraniu samych orbów? Na dodatek wykupienie każdego nowego comba skutkuje wzrostem ceny pozostałych. To tylko spowalnia rozwój postaci. Trójkę przeszedłem raz i już miałem wszystko co mnie najbardziej interesowało. Przeszedłem drugi plus trochę się pobawiłem na Bloody Palace i miałem wszystko. Tutaj nie idzie to tak sprawnie. Jedyne co zaliczam temu nowemu systemowi na plus to możliwość zresetowania umiejętności, które nam nie przypasowały i zaoszczędzenia waluty na coś innego.

Also, sporo umiejętności jest albo kompletnie do niczego, albo powinno się znajdować w wachlarzu ruchów od samego początku gry. Możliwość zbierania orbów z większej odległości? A na co to komu? Co to Dante i Nero nóg nie mają, żeby podejść do tych nieszczęsnych kulek? Rozwinięty unik? A na jednym stadium nie można by poprzestać? Enemy step? To było w trójce od samego początku i wplatało się w samą mechanikę! Szybsze bieganie? A to nie można było tak od razu? Obaj bohaterowie przechodzą przez piekielne zastępy jak kombajn przez zboże, a nie potrafią bez dopingu szybciej przebierać kulasami? No ludzie kochani…

Ponarzekać ponarzekałem, ale ostatecznie nie potrafię jasno stwierdzić, która gra daje więcej funu. Wszystkie wady czwórki rekompensują w zasadzie jej zalety. Umówmy się na remis w tej kwestii.

DMC3 – DMC4 – 1:1

2. Fabuła i postacie:

DMC3 – „Kuźwa moj brat chce otworzyć portal do piekieł i nie pozwala mi grać w Guitar Hero. Muszę mu skopać dupę!” to by było na tyle… gdzieś tam przewija się jeszcze wątek córki mszczącej się na ojcu sataniście, ale ostatecznie o fabule szybko się zapomina. Z resztą, czy to wada? To napieprzanka, nie przygodówka.

Dante jest w tej odsłonie cyklu dopiero butnym gówniarzem, ledwie zaczynającym swoją karierę. Na dodatek wygląda jak członek sweetaśnego boysbandu. Brawura to jego drugie imię, a Kpina trzecie. Teksty ma tak butne, infantylne i kiczowate, że aż wspaniałe. To one głównie przesądzają o prześmiewczym charakterze gry. Niby mroczna młócka, ale też ślizganie się na rakietach, walenie wrogów po łbach motocyklem, łapanie lasek w locie i nazywanie gigantycznego cerbera per Fido. To jest to co lubię! Nie raz podczas fenomenalnie wyreżyserowanych cut scenek oplułem ze śmiechu monitor.

DMC4 – pomimo większej ilości postaci i pozornego skomplikowania historia nie jest dużo lepsza niż w przypadku DMC3. Niby mamy tu tajemnicę, niby dopiero z czasem wychodzi na jaw kto tu tak naprawdę jest przyjacielem, a kto wrogiem, ale ostatecznie całość jest przewidywalna, pozbawiona jakichś nagłych zwrotów akcji i pełna dziur. Skąd do jasnej ciasnej Nero ma swoje ramię? Kupił w Tesco? Dlaczego Credo przystał na plany Sanctusa, był przecież w gruncie rzeczy dosyć szlachetną osobą. Czemu Nero sam nie zniszczył Hell Gates gdy miał ku sposobność, tylko zostawił cały bałagan do posprzątania Dantemu? Czemu Dante i Trish udostępnili Force Edge zakonowi? Takie pytania bez odpowiedzi można mnożyć i mnożyć. Jak już wspomniałem nie wymagam od nawalanki fabuły, której nie powstydziłby się Dostojewski, ale naprawdę nie lubię być traktowany jak ślepy idiota! Na dodatek wszystko rozwija się jakoś za szybko, w jednej chwili kumpel głównego bohatera wysyła go na misję, w następnej sam zamierza go zaciukać, w kolejnej ginie przejęty losem swojej siostry, która w finale nie wspomina o nim nawet słowem… No Teatr Wielki to to nie jest. Przynajmniej cut scenki są efektowne jak poprzednio.

Nero, jak już też wspomniałem, nie porywa jako postać. Miota się toto, drze się, starszych nie słucha. Wygląda i zachowuje się jak młody Dante, tyle, że jest mniej zabawny. W jego miłość do Kyrie też jakoś trudno uwierzyć z uwagi na słabe rozwinięcie tego wątku. Sama Kyrie robi za wzdychajacą lalę o pełnym miłości serduszku i bez żadnej osobowości. Główny zły to po raz kolejny typ z pod znaku „zapanuję nad światem dzięki mocy z piekła rodem BUAHAHAHA!” Seriously, ile można? Z żalem odnotowałem też marginalny udział w historii Lady, która zaliczyła w trójce wyjątkowo udany występ. Tutaj pojawia się jedynie na moment i na dodatek jej redesign wskazuje na to, że Capcom postarał się zaimplementować w grze bonusowy poziom trudności – grę jedną ręką.

Na szczęście wszystko ratuje Dante. Nie zachowuje się tak szczeniacko jak w czasach młodości, w końcu to już facet po przejsciach (dokładnie tych z DMC i DMC Anime). Dorósł, zmężniał, aczkolwiek dalej mu się gęba nie zamyka i wciąż potrafi dogryść i pobujać sie na ogonie bossa jak na huśtawce. Wszystkie cut scenki z jego udziałem to majstersztyki.

3. Poziom trudności.

DMC3 – easy – dla ludzi, ktorzy w życiu pada nie mieli w dłoni, normal – trochę bardziej stonowany, ale dalej nie będący większym wyzwaniem, hard – tutaj już zdażają się problemy w sytuacjach poprzednio bezproblemowych, very hard – masz realną szansę dostać w dupę na każdym rogu, Dante Must Die – dostajesz w dupę na każdym rogu…, Heaven or Hell – bonusowy i mało ciekawy tryb w którym rozwala się wszystkie maszkary jednym ciosem, ale też od jednego ciosu się ginie.

Najtrudniejsi przeciwnicy to Hell Vanguard i Fallen z uwagi na irytujące ataki i wytrzymałość. Z bossów stanowczo wyróżnia się Vergil, za drugim i trzecim razem porządnie dopakowany i bardzo wymagający na VH i DMD. Resztę mięsa armatniego i bossowego da się szybko rozpracować, aczkolwiek nie u każdego to norma (ah te zawodzenie gawiedzi o Nevan ;-))

DMC4 – Tutaj mamy tryby Human, Demon Hunter, Son of Sparda, będące odpowiednikami Easy, Normal i Hard. Powracają nudne Heaven or Hell i arcytrudne Dante Must Die. Nowości to chyba jeszcze bardziej frustrujące Legendary Dark Knight gdzie w każdej misji mierzymy się z absurdalnie wielką liczbą demonów, oraz Hell or Hell w którym wrogowie mają normalną wytrzymałość, a gracz ginie po jednym ciosie… za przejście czegoś takiego jako achievment powinna się wyświetlić na ekranie wiadomość, iż nazajutrz zjawi się u nas modelka w stroju Trish, która przez najbliższy tydzień będzie zaspokajać nas erotycznie na wszystkie możliwe sposoby. Jak znam życie tak naprawdę dostaje się po prostu kolejną graficzkę 😉

Również w tej części jednymi demonami można bawić się jak lalkami, a inne sprawiają, że zadziwiamy swoje otoczenie znajmością rynsztokowej mowy. Do tych ostatnich należą zawzięty, wytrzymały i aktywnie wspierajacy kompanów Alto Angelo, piekielnie irytujący Blitz, czy słaby, ale dający popalić Cutlass, w przypadku którego skończenie walki bez draśnięcia graniczy z cudem. W wypadku bossów natomiast trochę mi się dupa spociła jedynie w wypadku wymagających Credo i Dantego. Resztę, w tym największe maszkary jak Berial, Bael, Echidna da się przeżyć nawet na wyższych poziomach trudności. Walka z przedostatnim, największym rozmiarowo bossem sprowadza się do skakania wokół niego po platformach i rozwalania mu jakichś kuleczek na łapach, dupie i giczołach. W czasie tej misjii musiałem przerywać, żeby łyknąć kawy celem nie zaśnięcia. Finałowy boss natomiast nie powala designem (kto się nie uśmiechnął na widok demonicznego dziadka z aureolką na głowie i czerwonych papuciach na stopach ręka w górę!), większości jego ataków unika się z łatwością (z wyjątkiem takiej niby szarży), a ostatnia sekwencja akcji w kampanii, sprowadzająca się do użycia trzy razy Devil Bringera i traktowana jako osobny boss fight (buehehehe!) zakrawa już nie tylko o kpinę, lecz wparowanie do siedziby tworców, szarpnięcia jednego z drugim za koszulę i rzuceniem mu z kpiącym uśmiechem w twarz „Oh RLY?”

4. Grafika.

Ok, w tym wypadku widać już aż nadto wyraźną przewagę DMC4. Nie rozumiem w ogóle marudzenia malkontentów jakby grafa była przeciętna pomimo nextgenowej jakości. Nie wiem, może nie jestem wybredny, może za mało widziałem, ale oczy mam i to co nimi widzę zwyczajnie mi sie podoba. Detale, cienie, gra świateł, design wnętrz, wszystko sprawia świetne wrażenie. Na maks rozdziałce i najwyższych detalach gra wygląda zwyczajnie pięknie. Postaciom również nie poskąpiono polygonów, tak bohaterowie jak i wraże maszkary prezentują się wspaniale i poruszają się bardzo naturalnie (o ile naturalnym można nazwać podwójne skoki i zawisanie w powietrzu). Ja po prostu jestem w siódmym niebie gdy mogę sobie obejrzeć dokładnie nawet takie pierdoły jak detale na guzikach i pierścionki na palcach! Jasne, że czasem coś chrupnie, gdzieś tam ktoś zrobi nienaturalny grymas, tam niewidzialna ściana, tam lokacja poszatkowana na kawałki. Ale cóż z tego, sandbox to to nie miał być, tutaj liczy się m.in szybkość przechodzenia etapu, szkoda czasu na szukanie alternatywnych ścieżek.

Po porównaniu z młodszym bratem uwydatnia się brzydota DMC3. Jasne, że da się na tę grę patrzeć bez odruchu wymiotnego, ale jednak trzeba przyznać, że rozmyte tekstury i mało szczegółowe modele postaci to coś co w dzisiejszych czasach musi odejść do lamusa. A była to też po części wina…

5. Poziomu konwersji.

Ciężko jest opisać poziom konwersji DMC3 nie używając słów za które ponoć niedługo ma grozić grzywna w wysokości trzech tysięcy złociszy. Ciężko nawet użyć słów powszechnie znanych. To „arcydzieło” wymaga czegoś więcej. Niniejszym zatem oznajamiam iż konwersja DMC3 na pecety zostala dokumentnie zjebamegaarcyspierdolona. Czegoś tak wybitnie zjebamegaarcyspierdolonego nie widziałem nigdy dotąd.

Uruchamiasz to cudo i momentalnie zostajesz wprowadzony/ona w zdumienie. Żaden klawisz nie działa, entery, spacje nic. Szaleńczo pukając po klawiaturze wreszcie dochodzi się do tego iż wszystko zatwierdza się „K” a wychodzi „J”… awangarda? Jakby to powiedział mój znajomy z wydziału „to jest popierdolone a nie kontrowersyjne!” Mało tego, w grze nie uświadczy się opcji exit… never ending story? Well chcesz wyjść zająć się swoim życiem? Zostaje ci poczciwe Alt + F4. Ja oczywiście rozumiem że to powszechnie znany skrót, ale nie umieszczenie w programie takiej elementarnej opcji to tak jakby w samolocie nie przyspawać skrzydeł, a do Bloody Mary nie dodać soku pomidorowego. Dalej, chcesz sobie coś poprzestawiać w grafice? To ustaw sobie którąś z trzech oszałamiających rozdzielczości, bo tylko to możesz zrobić. Dalej, pomimo moich najszczerszych chęci i użycia wszystkich możliwych programów mapujących gra za cholerę nie chciała skonfigurować prawidłowo mojego pada. Konkretnie gałki robiły co chciały, reszta przycisków na szczęście się na mnie nie wypięła. Zmuszony, wypracowałem po jakimś czasie specyficzny styl gry wykorzystujący zarówno klawę jak i pada. Boczne przyciski obsługiwałem najczęściej waląc nimi w podbródek. Jakbym trafił na Youtube momentalnie stałbym się hitem internetu…

Dla odmiany konwersja DMC4 jest schludna i przystępna. Menu jest przejrzyste i intuicyjne, w opcjach jest dużo możliwości konfiguracji grafiki (ładniejszej niż na konsolach!). Padzisko też działa mi bez zarzutow. No nie można tak było od razu?

6. Muzyka.

Tutaj z kolei byłem nieco rozdarty, ale w ostatecznym rachnku postanowiłem oddać palmę pierwszeństwa DMC III. Nie powiem, kawałki z czwórki też są niezgorsze, w ogóle cała seria zasłynęła z dość charakterystycznego łączenia spokojnych, mistycznych chórów z duża dawką energicznego, przyjemnego elektronicznego łomotu, mieszanego z hard rockiem. W przypadku czwórki nie zatykałem sobie uszu watą, ale zwyczajnie żaden kawałek nie zapadł mi w pamięć, w przeciwieństwie do genialnego drugiego battlethemu Vergila, czy przewodniego „Divine Hate” z trójeczki. W czwórce zwyczajnie muza przygrywa bo coś musi przygrywać. Przewodnie „Shall never surrender” jest fajne na początku, ale szybko się nudzi. Uśmiech pojawił mi się na twarzy jedynie gdy w słuchawkach rozbrzmiał mi remix battlethemu z jedynki, towarzyszący nam gdy przejmujemy kontrolę nad Dante.

7. Werdykt i przyszłość płaczącego diabła.

Głowię się i głowię bo pomimo wszystkiego nie potrafię stwierdzić jednoznacznie, która gra jest lepsza. Trójka jest moim ideałem, spędziłem przy niej z uśmiechem na twarzy sporo czasu. Czwórka ma w sobie wszystko to co było fajne w poprzedniczce, rozwija to o parę nowych, nie rewolucyjnych, ale zwyczajnie fajnych pomysłów. Paroma również irytuje, ale nie na tyle, żeby powiedzieć, że była rozczarowaniem, wręcz przeciwnie, dostałem od niej wszystko czego się spodziewałem. Jakkolwiek moja sympatia minimalnie skłania się bardziej ku DMC3, stwierdzam ostatecznie, że trzeba po prostu zaliczyć obie, w kolejności chronologicznej. To najlepsze odsłony serii. Grając w DMC3 dowiecie się zwyczajnie czym jest maksymalnie satysfakcjonujący gameplay, a przymierzając się do DMC4 dostaniecie więcej prawie tego samego, ale podanego na o wiele ładniejszym talerzu, bardzo smacznego dania.

A tymczasem Ninja Theory caly czas dłubie przy nowym Devilu odnośnie którego mam tyle samo obaw co nadziei. Daleki jestem od skreślania projektu juz na starcie, nawet pomimo bohatera wyglądającego jak miks dworcowego ćpuna z fanem Zmierzchu. Boję się jednak drastycznej zmiany klimatu. Sądząc po rzuconych póki co do sieci materiałach nowy DMC w moim odczuciu będzie… zbyt residentowy. przemawia za tym wygląd tak potworów jak i przedstawionego świata. Nie jest to po prostu coś do czego przyzwyczaiło mnie DMC. Boję się też, czy zmiana ekipy nie spowoduje wydania na świat przeciętnego slashera wycierającego sobie gębę legendą serii. Czas to pokaże. O ile tylko zaraz po finałowej cutscenie jedyną myślą platającą mi się po głowie będzie „JA CHCĘ JESZCZE RAZ” to uznam, że diabeł znów uronił łzy nie na darmo.

Reklamy

Single Post Navigation

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: