messinmyhead

Kraina Zgryźliwego Tetryka

Archive for the month “Marzec, 2012”

Recenzja: Tytus, Romek i A’tomek wśród Złodziei Marzeń

 

Moją obecną wielką miłość do komiksu zapoczątkowowały głównie dzieła europejskie, w tym polskie. Przez cały okres dzieciństwa olewałem raczej amerykańskich superbohaterów w lateksowych pantalonach zamiast nich skupiając się na przygodach Asterixa, Kajka i Kokosza, Kleksa tudzież Profesorka Nerwosolka. Szczególne miejsce w moim sercu zajmuje zwłaszcza sławna seria autorstwa Henryka „Papcia Chmiela” Chmielewskiego. Nie należę do fanów „Tytusa…” pierwszej generacji, albowiem w momencie gdy wydałem z siebie pierwszy krzyk, kultowy „Świat Młodych” w którym ukazywały się pierwsze odcinki przygód trójki harcerzy był już pieśnią przeszłości. Komiks odkryłem gdy przypadkiem trafiło w moje ręce jedno z późniejszych wydań zeszytowych. Od tego czasu skolekcjonowałem większość klasycznych odsłon oraz sporo z tych, wydanych już po roku 1999, które jednak już tak nie wciągały. Nie mniej jednak „Tytus, Romek i A’tomek” to ogromna część mego dzieciństwa, kupę tekstów i dialogów do dzisiaj znam niemal na pamięć, a specyficzny humor Chmielewskiego, oparty głównie na zabawie słowotwórstwem bawi mnie cały czas.

Stąd wielka byla moja radość gdy w 2002 roku na ekrany kin wszedł „Tytus, Romek i A’tomek i Złodzieje Marzeń” pierwsza pełnometrażowa animacja wykorzystująca postacie uczłowieczającego się szympansa i jego dwóch kumpli. Za reżyserię wziął się pan Leszek Gałysz, odpowiedzialny za rewelecyjną „Odwroconą Górę”, do tej pory najlepszy polski film i serial animowany. Ogromnie się wtedy ucieszyłem… i równie ogromnie zawiodłem. Jakkolwiek gust mój w owych czasach nie był może nad wyraz wyrafinowany, ale nawet pomimo tego czułem, że z filmem było coś nie tak, tyle, że wtedy nie umiałem ubrać tego we właściwe słowa. I zapewne nie przypomniałbym sobie znowu o tym małym, animacyjnym potworku, gdyby nie to, że parę dni temu przypadkiem natknąłem się na niego na YouTube. Z nudów rzuciłem ponownie okiem, krzywiąc się przy tym jeszcze bardziej niż dziewięć lat temu. Godzinę później podniosłem swoje oko z podłogi i mając głęboko w poważaniu to, że te parę lat temu recenzenci już raz słusznie film zgnoili, a widownia równie słusznie o nim zapomniała, uznałem, że dobrze by było spisać moje przemyślenia ku pamięci potomnych.

A także dlatego, że dobrze jest od czasu do czasu coś kompletnie zgnoić 😉

Historia jest całkowicie odautorska, nie mamy tu do czynienia z adaptacją żadnej z oryginalnych tytusowych historii. Oto zły Książę Saligia, władca planety Transformacji, z pomocą hord tytułowych Złodziei Marzeń kradnie swym poddanym marzenia i przerabia je na reklamy. Któregoś dnia połakamia się na marzenie Tytusa i zaraża go straszliwą chorobą, Reklamicą-Otumanicą zwiększająca podatność na reklamy. Romek i A’tomek chcąc pomóc przyjacielowi znaleść lekarstwo na Reklamicę proszą o pomoc prof. T.Alenta. Ostatecznie cała trójka trafia na obcą planetę na której przyjdzie im się zmierzyć z Saligią i Złodziejami Marzeń…

Gdy streszczałem fabułę w powyższym fragmencie zgrzytałem zębami tak mocno i tak często, że teraz będę chyba musiał przyswajać pokarmy przez słomkę. Tak, nawet teraz ciężko mi o tym mysleć. Ujawniła się największa wada tego filmu, wada kładąca od razu cały koncept i odrzucająca od niego w przedbiegach. Kamień u szyi topielca, strzał w czoło i rzucenie mrówkom na pożarcie jednocześnie. Mianowicie… FATALNY scenariusz!

Komiksy z Tytusem, Romkiem i A’tomkiem miały to do siebie, że nadawały się zarówno dla dzieci jak i starszego czytelnika. Gwarantował to poziom humoru i liczne nawiązania, a także drobne walory edukacyjne (słynne bawiąc-uczy, ucząc-bawi). Film Gałysza kierowany był tymczasem wyłącznie do dzieci. No bo serio, kto z dojrzałych, oldschoolowych fanów serii podjarał się zapodaną wyżej infantylną fabułką? Banalne „pokonać wielkie zło i wszyscy będą żyć długo i szczęśliwie”. Gdzie tutaj miejsce na charakterystyczny, lekko abstrakcyjny humor, postacie, wydarzenia? Odpowiedź – jest tu tego tyle co legalnie pozyskanych komórek na bazarze.

Podczas oglądania wyraźnie da się wyczuć, że ktoś tu starał się wykreowac bohaterów wiernych oryginalnej wizji, ale coś zdecydowanie nie wyszło. Tytułowa trójka ledwo co kojarzy się z papierowymi pierwozorami. Zabrakło wszystkiego co najwazniejsze, przekomarzanek między Tytusem i Romkiem, wymądrzania się A’toma. Sam Tytus irytuje głupotą i bezustannym darciem mordy. W komiksach był rozbrykany i wiecznie niepoważny, ale na pewno nie budził w odbiorcy chęci permanentnego uciszenia go za pomocą rozgrzanej lutownicy. Romek i Atomek zaliczaja parę kwestii gdzieś na początku historii. Później zmieniają się w parę zombie i w zasadzie aż do wielkiego finału można zapomnieć, że w tytule filmu wymienione zostały trzy postacie. Prof. T.Alent pojawia się jakieś trzy razy. W tle przewija się jeszcze postać dobrej czarodziejki, Grubej Książki, która nie wnosi do historii kompletnie nic. Główny zły, z początku sprawiający nawet pozytywne wrażenie okazuje się jakąś pipą, którą w szkole nazywali maminsynkiem i to tak wpłynęło na jego życie, że przeszedł na ciemną stronę mocy. Ale koniec końców wraca na jasną, no bo przecież tak na tym, jak i innym świecie nie ma w ogóle złych ludzi, są tylko dręczeni i nie dręczeni w szkole… I jeszcze to finałowe zaklęcie/hasło/whatever „Niech miłość i dobro uwolnią marzenia!” Noż co to ma kuźwa być? Tytus, czy Troskliwe Misie? Ten tekst do dzisiaj dręczy mnie gorzej niż słynne „NOOOOOO!” Vadera w Revenge of The Shit.

A najgorsze jest to, że twórcy okazują się kompletni niekonsekwentni odnośnie najważniejszego przesłania filmu: krytyki konsumpcjonizmu, reklam jako takich i bezmyślnego zawierzania im. Paradoksalnie bowiem bohaterowie przez pierwszą połowę filmu poruszają się pojazdem… z logo KFC. Później, chyba celem uzyskania symbolicznego efektu reklama smażonego drobiu zostaje zastąpiona wielką książką. Ale w ostatniej scenie bohaterowie decyduja się nakręcić własną reklamę… Ja przepraszam, ale WTF? O co tutaj chodzi? No to w końcu reklamy, komercha itd. są złe, czy nie? Może jakieś jasne stanowisko, to w końcu film dla dzieci? I czemu akurat KFC? Błagam, „Ulisses” Joyce’a był prostszy w interpretacji…

Nie mogę nic zarzucić szacie graficznej filmu. Zgoda, jest prosta, pozbawiona nie wiadomo jakich pieszczących zmysł wzroku bajerów, ot styl „Bolka i Lolka”, każdy kto oglądał kiedyś jakikolwiek polski film animowany wie o co chodzi. Można narzekać, że to nie te czasy, ale tak naprawdę taki styl pasuje do opowieści o bohaterach Chmielewskiego. Komiksy Papcia Chmiela nie reprezentowały sobą ponadprzeciętnego poziomu jeśli chodzi o rysunki (co wcale nie znaczy, że Papcio nie umie rysować!). Były proste, acz sympatyczne i dopracowane, sporo plansz zapadło mi w pamięć. Tak też wyglądają „Złodzieje Marzeń”, jak puszczony w ruch komiks Papcia i chwała im za to. Bohaterowie wystarczająco przypominają swe pierwowzory, pomijając jedynie zbyt jasną sierść Tytusa. Również do dubbingu nie mogę się przyczepić. Panowie Kondrat, Malajkat i Gąsowski jako tytułowi bohaterowie spisali się nadzwyczaj dobrze. Świetnie też wypadł Andrzej Chyra jako Saligia. W zasadzie tylko dzięki niemu przez moment miałem wrażenie, że to może być niezły film. Muzyki praktycznie nie odnotowałem, ale przewodni kawałek „Omal nie pękła mi łepetyna” jest zaskakująco dobry i wpada w ucho.

Niestety pozytywne wrażenia audio-wizualne nie poprawiają ogólnego wrażenia. „Tytus, Romek i A’tomek wśród Złodziei Marzeń” to obraz zwyczajnie słaby, nudny, nieporywający, tragicznie infantylny. Powstał kompletnie dla nikogo. Starzy fani zgodnie go odrzucili, ponieważ nie ma w nim nic co by ich mogło zainteresować. Czy zainteresował dzieci? Spytajcie jaiegoś małego bąbla, czy go kojarzy? Śmiem wątpić… Krótko mówiąc, wielki zawód i perfekcyjny przykład zmarnowanego potencjału.

Reklamy

Top 10 animowanych łotrów lat 2008-11

Nie zarzucę żadną nowinką stwierdzając, że widownia kocha czarne charaktery. Praktycznie w przypadku niemalże każdego show mają oni najwięcej fanów, ponieważ budzą najwięcej emocji. Złe postacie od zawsze intrygują, bawią przerażają, skłaniają do refleksji. Tak było, jest i będzie. W tej chwili pewnie nie jeden z was uśmiechnął się na wspomnienie Jokera, Dartha Vadera, czy Doktora No.

Ale to wszystko dawne dzieje, a jak mają się sprawy z naszymi przemiłymi łotrami w dzisiejszych czasach? Dla tych, których też to zastanawia przygotowałem subiektywne zestawienie, dziesiątkę najciekawszych animowanych złoczyńcow ostatnich czterech lat. Dlaczego animowanych? Ponieważ wszyscy kochamy kreskówki. Dlaczego z ostatnich czterech lat? Ponieważ ów czasokres wydaje mi się najbardziej optymalny. Dlaczego top 10? Z takiego samego powodu, dla którego w Star Wars słychać dźwięki w próżni – bo tak! I niehaj Ci, których denerwują spoilery przestaną czytać albowiem ten artykuł jest nimi gęsto usiany!

I tak oto zaczynamy od:

Miejsce 10: Lord Shen („Kung fu Panda 2” – 2011)

Wspaniały aktor Gary Oldman ma na swoim koncie przeróżne postacie łotrów, tak jeśli chodzi o filmy aktorskie jak i voice acting. Wcielał się w postacie fantastyczne (Stansfield z „Leona Zawodowca”, czy Zorg z „Piątego elementu”), ale także w słabe, czy też zwyczajnie dziwne (Ruber z „Quest for Camelot, Dr. Smith z „Zagubionych w kosmosie”). W przypadku „Kung Fu Pandy 2” przypadła mu szczęśliwie rola z pierwszej grupy. Generalnie cały film był najlepszym możliwym sequelem. Prawie, że wszystko co mogło być lepsze względem części pierwszej zostało takie ukazane: historia, humor, dramatyzm, no i last but not least czarny charakter. Tai Lung z jedynki był po prostu ogarniętym rządzą zemsty futrzastym Terminatorem, który tylko rozdawał kułaki na lewo i prawo. Wzorowany na dawnym chińskim feudale paw arystokrata, Lord Shen jest natomiast postacią o wiele ciekawszą. Jakkolwiek potrafi sam sobie poradzić w krytycznej sytuacji, a walka w jego wykonaniu jest elegancka, momentami wręcz piękna, to woli jednak pozostawić brudną robotę w rękach swojej prywatnej armii tudzież złowieszczej broni wokół której kręciła się fabuła filmu. Ma również za sobą dosyć smutną historię. Jakkolwiek był głównie żądnym władzy megalomanem, to warto też zauważyć iż skrzywienie to spowodały przede wszystkim typowa dla każdego szlachcica duma połączona z tragiczną pomyłką i niezrozumieniem ze strony najbliższych. Shen uwierzył głęboko, że jedyną drogą do sukcesu jest własna siła oraz sianie strachu i terroru, co stało się źródlem jego geniuszu, ale też i upadku. Nie można również nie wspomnieć o wielu jego naprawdę fajnych kwestiach („The only reason why you’re still alive is that I find your stupidity… slightly amusing!”). Postać jest arcyprzyjemna w odbiorze. Ma świetne wejście i w zasadzie do końca zachowuje wielką klasę. Skąd zatem najniższa pozycja na liście? W zasadzie jedynie dlatego iż miejscami wydawał się lekko… zbyt filmowy. Mówię o tych wszystkich scenach gdy mówił do siebie, upajał się swoją rzekomą potęgą, po prostu grał złego dla samego bycia złym. Na szczęście takich scen było mało i nie zaważyło to na ogólnym postrzeganiu tej postaci. Elegancki, złowieszczy, bezwzględny, ambitny i niebezpieczny, taki właśnie jest Lord Shen. And I like it, a lot of!

Miejsce 9: Megatron („Tranformers Prime” – 2011-???)

Wiem oczywiście, że to któraś z kolei inkarnacja tej postaci, ale nowe wcielenie legendarnego lidera jedynej słusznej dla mnie frakcji w świecie Transformers aż się prosiło o miejsce na liście. Długo nie mogłem się zdecydować, którego z dwóch ostatnich Megatronów wyróżnić. Obie najmłodsze serie Transformers, „Animated” i „Prime” dostarczyły nam naprawdę fajnych main badassów. Bardzo lubię tego z „Animated” za jego zimną i wyniosłą postawę, a także jakże odmienne od pozostałych wcieleń tej postaci opanowanie. Zdecydowałem się jednak wyróżnić Megatrona z „Prime”, ponieważ po pierwsze chwilami był autentycznie przerażający, przez swoją fasynację mrocznym energonem, zakrawającą wręcz o szaleństwo, a ponadto jest w nim to wszystko co ludzie głównie kojarzą z tą postacią: dzikość, brutalność, bezwzględność i przebiegłość. Dodatkowo spodobały mi się ogromnie jego relacje z Optimusem, w którym nie widział jedynie znienawidznego wroga, ale też równego sobie, niebezpiecznego byłego towarzysza, który ostatecznie znalazł się po drugiej stronie barykady. Widać w jego podejściu sporo szacunku dla przeciwnika i tym zasłużył sobie na kolejny plus. Dodajmy do tego jeszcze głos Franka Welkera, jednego z najbardziej elastycznych aktorów głosowych w historii… nie ma co, Megatron „Agent Smith” z Bayformers nie jest godzien choćby wkręcać śrubek młodszemu bratu. All hail Megatron!

Miejsce 8: Dr Facilier/Shadow Man („The Princess and The Frog” – 2009)

„Princess and the Frog” udowodnił, że Disney w dzisiejszych czasach nie musi kojarzyć się tylko z Hańcią Montancią i braćmi Dżonas. Udowodnił też, że klasyczna animacja nie umarła i potrafi trzymać się dobrze w zalewie 3D przeciętniozy. No i po trzecie, film przypomniał nam też, że w wypadku produkcji sygnowanych logo bajkowego zamku rzadko chodzi nam o głównych bohaterów, czy fabułę ogółem. Tutaj pierwsze skrzypce grają ci źli, a Dr Facilier aka Shadow Man mogłby zaiste zagrać sam za cały kwartet. Czarownik voodoo zrobiony na Barona Samedi, z aparycją, która jak nic kojarzy mi się z pewnym glinarzem z Beverly Hills praktycznie ukradł film pozostałym postaciom (może z wyjątkiem Mamy Odie, która była genialna). Uwielbiam w nim bezwzględność, spryt i umiejętność manipulowania innymi. Ciekawe jest również to, że do końca nie panował w pełni nad siłami, które mu pomagały. Ożywione cienie i inni, manifestujący swą obecność poprzez maski voodoo, mieszkańcy zaświatów nie byli jego sługami, lecz raczej partnerami widzącymi swój cel w pomocy czarownikowi. Najmniejszy błąd mógł przynieść zgubę łajdakowi bawiącemu się voodoo. To tylko dowodzi ile wspomniany ryzykował i jak bardzo pewny był swojego sukcesu. Nie można również zapomnieć o tym iż do niego (jak i w przypadku większości disneyowskich łotrów) należy jedna z najlepszych (obok „Dig a little deeper”) piosenek w filmie, „Friends on the other side”, kapitalnej zarówno w oryginale jak i w świetnej polskiej wersji językowej, dzięki świetnie dobranemu do postaci głosowi Wojciecha „Jacka Skellingtona” Paszkowskiego. Podsumowując… „Don’t you disrespect me little man!”

Miejsce 7: Rattlesnake Jake („Rango” – 2011)

„Rango” ogromnie mi się podobał. Kawał świetnej animacji, doskonałej pod względem plastycznym, okraszonej fajnym scenariuszem, ujmujacy licznymi nawiązaniami i klimatem sphagetti westernu a także niemożebnie zabawnym tytułowym bohaterem. Twórcy nie zawiedli też w kwestii szwarccharakteru. Jakkolwiek Grzechotnik Jake pojawia się na ekranie bardzo późno, z miejsca zaspokoił mój apetyt na fajnego villaina. Jeśli zrobiony na klasycznego zakapiora z Dzikiego Zachodu grzechotnik z gatlingiem w miejscu grzechotki, przemawiający na dodatek głosem Billa Nighy, lepiej znanego jako Davie Jones, nie jest czymś zajebistym to nie wiem co w takim wypadku jest zajebiste. Na dodatek postać jest przerażająca od początku aż po sam koniec. Wystarczy przez chwilę spojrzeć w te demoniczne ślepia i posłuchać którejś z jego naprawdę odjazdowych kwestii ( „Go to hell! Where do you think I come from?”) by utwierdzić się w przekonaniu, że mamy do czynienia z kimś kto najpierw uleje sobie do szklaneczki trochę własnego jadu, każe nam wypić i pośle nam kulkę między oczy dopiero gdy ofiara zacznie się dławić własnym językiem. Jake jest brutalny, bezlitosny i pozbawiony wszelkich skrupułów, a tych, którym wydaje się, że potrafią go kontrolować gdy najmują go do roboty, szybko czeka bolesny zawód. Żeby było ciekawiej nawet taką stuprocentową kanalię stać w ostatecznym rozrachunku na odrobinę honoru i to czyni go paradoksalnie jeszcze fajniejszym. Nie ma co, gdyby w „Dobrym, Złym i Brzydkim” miały wystapić zwierzaki zamiast ludzi, Grzechotnik Jake z pewnością zagrałby bardzo, bardzo złego…

Miejsce 6: Cad Bane („SW- The Clone Wars” – 2008-???)

Durosjański łowca nagród jest z całą pewnością najlepszą z nowych postaci jakie wprowadziły do uniwersum SW trójwymiarowe Wojny Klonów. Co prawda zadebiutował na kartach online’owego komiksu „Invitation only”, jednak naprawdę konkretne akcje z jego udziałem miały miejsce już w serialu. A Bane miał sporo do zaoferowania. Był niebywale cwany, a swoimi fortelami potrafił zadziwić nawet starych Jedi. Więcej, dotrzymywał im również pola w walce, zarówno dzięki fizycznej sprawności jak i swoim gadżetom, tak charakterystycznym dla star warsowych łowców nagród. Bezapelacyjnie najlepszy moment z jego udziałem to scena przesłuchiwania go przez Jedi. Nie mogąc wyciągnąć od Durosa potrzebnych informacji postanawiają oni wpłynąć mocą na jego umysł. A ponieważ umysł łowcy nie należy do słabych, Anakin, Obi-Wan i Mace Windu decydują się dokonać tego w trójkę. Nawet łącząc siły nie udaje się im złamać siły woli Cada, zaś wspomnany decyduje się na współpracę jedynie dlatego, że odpieranie psychicznego nacisku sprawia mu potworny ból. Scena jest genialna, pokazuje, że Bane jest tak niewzruszonym kozakiem, że dobrym, szlachetnym Jedi nie pozostało nic innego jak uciec się do zwyczajnych tortur aby złamać jeńca. I choćby za to Cad dostaje plus 100 do zajebistości i miejsce na liście. Ah, warto też wspomnieć o jego designie. Płaszcz, szeroki kapelusz, rury przymocowane do policzków, oraz para blasterów stylizowanych na stare pistolety, nadają mu wygląd steampunkowego wojownika z prerii. Czegoż chcieć więcej od zimnokrwistego, zachłannego i diablo sprytnego kosmicznego bandyty?

Miejsce 5: Prof. Pericles („Scooby Doo: Mystery Incorporated” – 2010-???)

Kolejny ptasi villain. Kiedy wpadł mi do głowy pomysł na ten tekst nawet przez chwilę nie przypuszczałem, że umieszczę w zetawieniu jakąkolwiek postać ze „Scooby Doo” Co jak co, ale ta seria nie kojarzyła się do tej pory z fajnymi łotrami. Jednakże po seansie „Mystery Incorporated” musiałem po prostu wspomnieć tutaj o Prof. Pericles, chyba najbardziej złowieszczej papudze w historii. Ów ptaszek o aparycji będącej miksem szalonego naukowca i jednookiego psychopatycznego mordercy zaczyna dawać się we znaki Scoobiemu i szajce zaraz po tym jak daje nogę, ze specjalnego zakładu karnego dla zwierzęcych przestępców. Tak to brzmi głupawo, no ale skoro mmamy już gadającego psa to dlaczego nie papuga, geniusz zbrodni? Papuga przynajmniej naprawdę potrafi się nauczyć mówić… choć nie w takim stopniu jak to w kreskówkach bywa. A Pericles potrafi dużo więcej niż prosić o krakersa. Jest niebywale inteligentny, wybitnie utalentowany w dziedzinie chemii, mechaniki i innych dziedzin nauki, doskonale manipuluje ludźmi dzięki swojej inteligencji i sile woli. Jednak to co naprawdę mnie ujęło w tej postaci to jego wieczny spokój i opanowanie, a także całkiem słuszne przekonanie o swojej wyższości i przyszłym powodzeniu jego planów. Uwielbiam po prostu postacie, które wszystkich innych trzymają w szachu i pociągają cały czas za odpowiednie sznurki podczas gdy inni miotają się bezwiednie nie wiedząc o co chodzi. Nazywam to toposem Palpatine’a. Prof. Pericles idealnie się w ten mój ulubiony schemat wpisuje. Nie mogę się doczekać aż zobaczę jakie numery wytnie tytułowym bohaterom w kolejnej serii.

Miejsce 4: Airchnid („Tranformers Prime” – 2011-???)

Kolejna postać z „Transformers Prime”, tym razem nie będąca odświeżeniem starego bohatera, aczkolwiek na pewno skojarzy się wszystkim fanom TF z Blackarachną z „Beast Wars” i „Animated”. Różnica tkwi jednak w tym, iż poprzednie transformersowe pajęczyce zachowały w sobie odrobinę dobra. Airachnid to z kolei wybitnie, całkowicie i absolutnie zimna, okrutna, sadystyczna, przebiegła suka. I niech mnie szlag, uwielbiam takie postacie! Nie ma nic lepszego od porządnego kobiecego villaina, nawet jeśli jest robotem. Trafiła na listę za to, że nie sposob o niej po prostu nie wspomnieć przy rozmowach o „TF Prime”. Seria jest wspaniała pod każdym względem, w tym także pod jesli chodzi o postacie Decepticonów. Wspomniany juz Megatron, świetny Knockout, bardzo udani Starscream i Soundwave… no i wreszcie póki co absolutny number one, Airchnid, decepticońska specjalistka od tortur, a później samotny łowca i kolekcjoner obcych gatunków. „Predatory”, odcinek w którym zadebiutowała był najlepszym epizodem serii pierwszej. Zdecydowanie najmroczniejszy, najpoważniejszy, pełen klimatu zagrożenia i osaczenia, nie można była po prostu zmodzić lepszego wejścia dla takiej postaci. Całość uzupełnia kapitalny design. Wąskie oczy, pociągła twarz, głowa stylizowana na disneyowską Maleficent, oraz pajęcze odnóża na plecach dodatkowo budują wręcz demoniczną atmosferę wokół i tak świetnej postaci. Wspaniały szwarccharakter dla wspaniałego show, krótko mówiąc.

Miejsce 3: Ice King („Adventure Time” – 2010-???)

W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć również villain’a zabawnego, takiego którego nie sposób brać na poważnie, bo został stworzony wyłącznie aby dostawać po dupie i wygrażać się w taki sposób, że brzuch aż boli ze śmiechu. Po prostu topos Księciunia z „Gumisiów”. Ice King teoretycznie idealnie się w ten schemat wpasowuje… dlaczego teoretycznie? O tym za moment. Najsampierw trzeba wyjaśnić czemu jest zabawny i na to odpowiedź jest tylko jedna – jest Ice Kingiem! Teksty, jego mania na zdobycie serca jakiejkolwiek księżniczki, słynne GUNTER! Jest po prostu świetną postacią w świetnym serialu jakim jest „Adventure Time”. Na jego osobie skupiona jest jedna z najlepszych scen w serii  No dobra, jest zabawny, ale czy powinien zająć tak wysokie miejsce w tym zestawieniu? I tu dochodzimy do wspomnanego „teoretycznie”. W jednym z wypuszczonych w grudniu odcinków, „Holly Jolly Secrets Part II” wychodzi na jaw przeszłość Króla, to w jaki sposób stał się tym kim jest. Nie spoilerując powiem tylko tyle, że ta krótka scena była dla mnie największym jak dotąd zaskoczeniem w „Adventure Time”. Po całej masie prześmiesznych, dziwnych, czasem lekko strasznych akcji przyszedł tym razem czas na moment naprawdę wręcz dołujący. Historia kogoś, kogo do tej pory mieliśmy za zwyczajnego pierdołę jest zwyczajnie smutna i jakkolwiek zaraz po tym twórcy próbowali ocieplić klimat, tradycyjnie powracając do zabawnej, lekkiej atmosfery do jakiej przyzwyczaiła seria, to jednak ciężko o czymś takim zapomnieć. Potrafię dalej śmiać się z Ice Kinga, jednak teraz również mu trochę współczuję, oczywiście na tyle na ile można mowić o czymś takim w wypadku fikcyjnej postaci. W zasadzie wysokie miejsce dla tego od teraz niezwykłej osobnika to także ogólne uhonorowanie twórców „Adventure Time”, którzy pokazali, że mają na tyle jaj i pomyślunku, że potrafią tworzyć niebanalne, śmieszne, maksymalnie zakręcone historie, ale nie wahają się sposępnić klimatu kiedy uważają to za stosowne.

No, ale żeby się nie zrobiło zbyt poważnie –  🙂

Miejsce 2: Fabrication Machine („9” – 2009)

Przyznaję, że „9” średnio mi się podobał. Zwiastun mnie totalnie zachwycił, nastawiłem się na epickie widowisko. Tymczasem animacja Shane’a Ackera jakkolwiek w żadnym stopniu nie zawodzi pod względem wizualnym to okazała się też niestety strasznie pośpiesznie poprowadzoną, porwaną historią z bohaterami, którzy raczej migają przez ekran niż faktycznie się pojawiają i tworzą między sobą jakieś relacje, a przez to nie dają się praktycznie polubić. No i to infantylne i zbyt oczywiste zakończenie… Nie mniej za jasny punkt filmu trzeba po prostu uznać głównego adwersaża, przerażający, bezimienny automat do tworzenia najróżniejszych koszmarów oraz przyczynę zagłady ludzkości, określany przez widzów po prostu jako Fabrication Machine. Sztuczna inteligencja wyposażona w masę złowrogich, mechanicznych macek i szponów, strasząca cały czas pojedynczym, czerwonym „okiem” jak żywo kojarzącym się z HALem z „Odysei kosmicznej”, staje się prawdziwym Nemesis szmacianych mieszkańców postapokaliptycznego świata, a misja zniszczenia jej przybiera wręcz powagę misji powierzonej w innej historii pewnemu Hobbitowi. Pozbawiony jakiegolwiek pierwiastka ludzkiej duszy, uosabiający sam suchy, zimny intelekt twór miał przynieść ludzkości świetlaną przyszłość. Zamiast tego obrócił się przeciwko swoim twórcom, powołując do życia armię śmiercionośnych maszyn. Co ciekawe pomimo tego, że maszyna potrafiła jedynie niszczyć odnosi się wrażenie, że przede wszystkim chciała tworzyć. Po tym gdy bohaterowie budzą ją do życia natychmiast zabiera się do budowania i ożywiania kolejnych ścigających bohaterów automatów. Tu trzeba też oddać twórcom, że postarano się także w wypadku postaci mechanicznych bestii. Każdy kolejny pomiot Maszyny był bardziej groteskowy i przerażający, szczególnie ostatnia bestia przypominająca węża z głową laleczki. Co więcej Maszyna jakkolwiek niezdolna do odczuwania uczuć zdawała się na swój sposob przejmować losem swoich tworów. Utratę każdego z nich kwitowała świdrującym uszy straszliwym wrzaskiem w którym jak nic szło odczytać nie tylko ogromną wściekłość, ale także wręcz cierpienie matki po utracie dziecka. Mechaniczny symbol potęgi ludzkiego umysłu jakkolwiek całkowicie bezduszny jest na swój szczególny sposób postacią tragiczną. Pomimo tego, że był cudem techniki okazał się być tragicznie niedoskonały przez brak choćby odrobiny tego co człowieka czyni człowiekiem i rozpaczliwie starał się chociaż do tego zbliżyć. Jest przykładem istoty z którą nikt nigdy nie będzie potrafił się porozumieć, istoty, która na zawsze pozostanie nieodgadniona i budząca grozę, zupełnie jak Solaris z powieści Lema. Bezosobowa, straszna, genialna, ale jednocześnie szalona Fabryczna Maszyna wzbudziła we mnie wiele emocji i zmusiła do paru refleksji na temat natury człowieczeństwa, refleksji dalece bardziej zajmujących niż wspomnienie ogółu filmu. I właśnie to wszystko zapewniło jej bardzo wysokie miejsce na tej liście jak i również na liście najbardziej przerażających animowanych postaci ever.

A tymczasem dotarliśmy do ostatniego, najwyżej uhonorowanego miejsca. Który to czarny charakter jest na tyle złowrogi, aby dostąpić tego zaszczytu?

Miejsce 1: Nox („Wakfu: The Animated Series” – 2008-???)

Bezpłatne MMORPG „Wakfu” jako gra jest całkiem sympatyczna, lecz trochę nużąca na dłuższą metę. Za to zrobiony na jej motywach serial animowany uważam za jedną z najlepszych produkcji telewizyjnych ostatnich lat. Jest w nim absolutnie wszystko co niezbędne do zbudowania fajnej historii: akcja, humor, sympatyczni bohaterowie, wątki poboczne i przewodnie, oraz last but not least, genialny, mroczny przeciwnik.

Nie boję się użyć tego słowa, w tym wypadku nie ma mowy o absolutnie żadnym nadużyciu. Nox jest postacią genialną. Od samego początku, aż po koniec budzi ogromne emocje, od uznania, zdziwienia, strachu aż po ogromne współczucie. Co jest w nim takiego wspaniałego? Krótko i na temat: To jest badass całkowity! Jego plan był zapięty praktycznie na ostatni guzik, nikt i nic tak naprawdę nie potrafiło go powstrzymać. Jakby na to nie patrzeć w bezpośrednim, ostatecznym starciu przegrał z nim nawet główny bohater, który to zazwyczaj w 99% tego typu sytuacji jest górą. A tu zonk! Potęga jaką dysponował szalony Xelor była niewyobrażalna. Wszystko co miał do swojej dyspozycji, prywatna armia, złowrogie machiny z jego niesamowitym ogromnym zegarem na czele, zombiaki, bestie, wszystko budziło grozę, wszystko wgniatało w ziemię. On sam wreszcie budził grozę swoim dziwnym, na wpół mechanicznym sposobem poruszania się, szalonym, niepowtarzalnym śmiechem, zimną kalkulacją, brakiem skrupułow. Ogromna moc w połączeniu z jego szaleństwem i obsesją pozwoliła mu położyć na łopatki nawet smoka Grougaloragrana, który wydawał się największym koksem całej serii. Wiem, że brzmię teraz jak nawiedzony fanboy, ale naprawdę o tej postaci nie da się mówić bez zachwytu. Praktycznie w każdej produkcji w której chodzi o walkę dobra ze złem, ciemna strona mocy zostaje ukazana jako ta wyraźnie potężniejsza, celem zbudowania dramatyzmu sytuacji. Jednak w żadnym dotychczasowym show z jakim przyszło mi się zetknąć nie zostało to ukazane aż tak sugestywnie. Widz jest przekonany, wie, że Nox nie osiągnął swego celu jedynie przez swoją brzemienną w skutkach, katastrofalną pomyłkę będącą na dodatek zwykłym błędem w obliczeniach. Wszystko inne udało mu się zrealizować. Pokonał smoka, zdobył energię drzewa Sadida, zmiażdżył wszystkich, którzy stanęli mu na drodze, dokonał tego, co planował… a mimo to przegrał.

I to kolejny powód dla którego ta postać budzi tyle emocji. Nox został niewiarygodnie skrzywdzony. Przez swoje zaślepienie stracił rodzinę, a gdy już było za późno coraz bardziej pogrążał się w swoim szaleństwie ufając, że jeśli stanie się jeszcze potężniejszy, zdoła prześcignąć samego boga czasu, będzie w stanie cofnąć się w czasie i naprawić swoje błędy, a także wymazać z pamięci i cofnąć skutki zbrodni, do których się posunął przez prawie 200 lat gromadzenia tytułowej energii Wakfu, która miała posłużyć do przeprowadzenia całej tej operacji. Przez cały ten czas miał tylko jedną cel dla którego gotow był poświęcić życie milionów, znowu zobaczyć swoich bliskich. Tymczasem gdy był o krok od pełnego sukcesu wszystko okazało się ułudą. Ilość Wakfu jaką zebrał przez 200 lat wystarczyła na cofnięcie się w czasie o 20 minut. Niedowierzenie, a potem straszliwa rozpacz i wreszcie samotna łza spływająca po policzku Xelora to niewątpliwie jedna z najlepszych scen pierwszej serii „Wakfu”. Widząc to i rozumiejąc co ten człowiek stracił nie można po prostu pozostać obojętnym. Widz łapie się na tym jak strasznie jest mu żal Noxa, łapie na tym, że tak naprawdę jego motywacje były jak najbardziej sensowne. Gdyby jego plan powiódł się w pełni wszystko potoczyło by się innym torem, świat istniałby dalej taki jaki jest, a Nox odnalazłby swoje szczęście. Kiedy zaczyna się naprawdę rozumieć tę postać to właśnie jemu zaczyna się kibicować i nie jest to zwykłe, tradycyjne przywiązanie do czarnych charakterów. Nox ma po prostu najjaśniej sprecyzowany cel, naprawdę chce się, żeby mu się powiodło i tym większy ogarnia widza smutek gdy nieszczęśnika spotyka kolejna tragedia.

Reasumując, Nox jest niesamowity. Budzi 10 razy tyle emocji co ci wszyscy łotrzy wymienieni przed nim. Szalony, mroczny, niepowstrzymany i budzący ogromne współczucie. Za to wszystko należy mu się zasłużone pierwsze miejsce na liscie najciekawszych animowanych łotrów lat 2008-11. Amen.

Post Navigation