messinmyhead

Kraina Zgryźliwego Tetryka

„Pacific Rim” – recenzja

Na wstępie zaznaczam, że nie jestem jakimś niewiadomo jak wielkim miłośnikiem tzw. monster movies. Fascynacja nimi nigdy się jakoś u mnie nie rozwinęła. Z takiej „Godzilli” widziałem tylko cztery ostatnie filmy z serii Heisei, w momencie gdy już byłem chyba za stary żeby brać na poważnie facetów w gumowych kostiumach rozwalających kartonowe domki. Teraz nie potrafiłbym już się tym zafascynować, raz biłby po oczach archaizm tych produkcji, dwa każdy z tych filmów to praktycznie to samo podane kilka razy pod rząd.

Dla odmiany dobrze mi się oglądało amerykańską Godzillę i serial animowany na jej podstawie, o którym to już z resztą pisałem. Zaś od czasów tego filmu monster movies znalazły się jakby w fazie zastoju. Owszem przewinął się „Cloverfield”, ale to nie było do końca to czego się od takich filmów oczekuje. Nowocześnie podany monster movie może mnie bowiem zainteresować. Stąd też ostatecznie postanowiłem się wybrać do kina na „Pacific Rim”. Nie dość, że miały być wielkie potwory to jeszcze miały je obijać wielkie roboty, coś czego również mi ostatnio w kinie brakowało. Tak, do robotów mam zdecydowanie jakoś większy sentyment, sam nie wiem dlaczego. Chociaż nie, wiem! Wszystko to wina Megazordów, Daimosów i innych Yattamanów.

Wielkie roboty obijają wielkie potwory… w zasadzie jest to najlepszą zajawką i najkrótszym streszczeniem filmu del Toro. Oto w niedalekiej przyszłości na dni Oceanu Spokojnego otwiera się tajemnicza szczelina prowadząca do innego wymiaru. Stamtąd zaczynają wyłazić na powierzchnię różnokształtne, gigantyczne bestie zagrażające ludzości, określane znanym wszystim fanom japońskich filmów określeniem Kaiju. Po udowodnieniu małej skuteczności broni konwencjonalnej ludzkość stawia na broń nowej generacji. Obrońcami planety stają się potężne roboty, Evange… tfu, Jeagery, sterowane przez dzieci, ktore przeżyły… wróć! Wykwalifikowanych wojskowych pilotów. Zaczyna się bitwa o przyszłość naszej planety. Tak, kolejna.

Można się czepiać, że film budzi pewne skojarzenia z „NGE” zwłaszcza w zakresie sposobu pilotowania maszyn, ale wydaje mi się, że byłoby to czepialstwo dla czepialstwa. Oglądając „Pacific Rim” nie czułem bowiem, że ktoś stara się obrazić moją inteligencję pseudonaukowym bełkotem. Jeagery miały sens, wyglądały i poruszały się realistycznie, a technika ich pilotowania została wyjaśniona na tyle strawnie żebym był w stanie to kupić. Nie obyło się co prawda bez tragicznych historii poszczególnych postaci, ale w przeciwieństwie do Evangeliona podanych na szczęście bez wiader dramy.

Chyba największym plusem obrazu del Toro jest to, że najwyraźniej reżyser ów zrozumiał dobrze o co biega w tego typu kinie. Fabuła jest prosta, ale nie stanowi tylko nędznego dodatku do przesytu efektami specjalnymi, jak to miało swego czasu miejsce w filmowych „Transformers”. Postacie są proste i lecą na kliszach pokroju „głównego bohatera, który po latach powraca w wielkim stylu”, albo „egocentrycznego dupka, który ostatecznie pojedna się z głównym bohaterem”. Mimo to specjalnie te klisze nie przeszkadzają, głównemu bohaterowi dobrze się kibicuje, a postacie typowo komediowe nie żenują, jak to często bywa, ale są autentycznie zabawne. Wyróżnia się na tym tle zwłaszcza para naukowców, jeden zafascynowany Kaiju, drugi zrzędliwy, genialny matematyk przywodzący na myśl skrzyżowanie House’a z Goebbelsem.

Ponadto, co jest chyba najważniejsze, „Pacific Rim” jest rzeczywiście filmem o wielkich robotach, a nie takim, który do tego pretenduje. Ludzkie postacie są tutaj ważne, ale nie ma się wrażenia, że Jaegery zostały tu dodane na siłę niczym Transformery u Baya, wchodzące cały czas w paradę ludzkiej połowie castu. Tymczasem tutaj wielkie roboty są kluczem do wszystkiego, są cały czas obecne, są ważne, czuć, że to film im poświęcony. Trafnie zauważył w swoim vlogu moj znajomy z Transformery.pl, Broken_Fang iż widać tutaj swoistą kontynuację i urobienie pod dzisiejsze standardy konwencji Super Robots. Pojawia się zagrożenie dla świata, ludzkość wysyła swoją ostatnią nadzieję, gargantuiczną maszynę. Fani Daimosa i reszty kompanii jarzą o co biega i czują się jak w domu i to jest piękne. Wreszcie fani wielkich robotów dostali film na jaki czekali! Same projety mechów zasługują na uznanie, nie były przesadzone, ale też nie nudne.

A i fani filmowych monstrów nie powinni czuć się zawiedzeni. Ten film to również rodzynek dla nich. No bo jak inaczej okreslić obraz, w którym pada to jakże zakorzenione w japońskiej kinematografii słowo Kaiju, a w czasie ataku potworów słychać od czasu czasu coś co przypomina temacik muzyczny z Godzlli? Same monstra również był bardzo udane. Świetnie animowane, różnorodne, odpowiednio potworne. Ogólnie strona wizualna filmu jest świetna. Czuć wręcz ciężar i masywność wielkich maszyn i walczących z nimi bestii.

Jednak to co jest najważniejsze w „Pacific Rim” i co przede wszystkim czyni go dobrym filmem akcji to nie te wszystkie nawiązania, smaczki, puszczanie oczek i wypelnianie pewnej luki w obecnym kinie SF. Najważniejsze jest to… że ten film stanowi po prostu przyzwoitą rozrywkę! Przyznaję, że szedłem do kina pełen obaw. Obawiałem się czegoś zbyt poważnego, męczącego swoim pompatyzmem i typowo hollywódzkim wrażeniem „bless the America!”. Tym bowiem odstraszał mnie trailer. Na szczęście dostałem solidnego akcyjniaka, nie udającego, że jest czymś więcej. W momencie gdy *spoiler alert* wielki robot zaczął obijać potwora statkiem towarowym, następnie został przez niego zaciągnięty w górne warstwy atmosfery by zginąć od cięcia wydobytego nagle przez robota miecza przestałem w ogóle boczyć się na twórców. Siedziałem wbity w fotel urzeczony jak nie wiem. Jeśli jest coś co mnie niewiarygodnie bawi, satysfakcjonuje i zadowala siedzącego we mnie małego dzieciaka, który teraz karze mnie, staremu chłopowi kupować i kolekcjonować zabawki, to jest to wielki robot używający statku w charakterze maczugi. To działa, to jest rozrywka jakiej oczekuję wiedząc, że idę na film o wielkich robotach! Może i odmóżdzająca, ale jakże satysfakcjonująca.

Jeśli tylko kochacie wielkie roboty, kaiju, a przede wszystkim dobrą, niewymagającą rozrywkę idźcie śmiało do kina na „Pacific Rim”. Ten film da wam to czego oczekujecie, nie obrazi waszej inteligencji, ubawi, pozwoli na te dwie godziny zapomnieć o blogim świecie i rozkoszować się widokiem mecha obijającego potwora statkiem. Czegóż więcej można pragnąć od wakacyjnego blockbustera?

Reklamy

Single Post Navigation

2 thoughts on “„Pacific Rim” – recenzja

  1. JAK MOGŁEŚ ZAPOMNIEĆ O POŚWIĘCENIU RECENZJI NAJBARDZIEJ ROSYJSKIM ROSJANOM EVER?! NAWET ICH ROBOT BYŁ ROSYJSKI!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: