messinmyhead

Kraina Zgryźliwego Tetryka

Archive for the category “Rankingi”

Atak nostalgii – moje Top 10 zestawów klocków LEGO

Nie za bardzo mam ostatnio czas na nowe teksty dlatego w ramach nowości postanowiłem zarzucić dzisiaj moim starym, przydługim postem z forum LUGPOL, Polskich dorosłych fanow klocków LEGO. w tamtym konkretnym temacie chodziło o zaprezentowanie swojego prywatnego top 10 zestawów popularnych klocków. Temat moim zdaniem zawsze na czasie, klocki LEGO lubią w końcu wszyscy. Nawet Maciarewicz. Czytaj dalej…

Top 10 najgorszych figurek Transformers

Jestem początkującym kolekcjonerem zabawek, konkretnie różnego rodzaju figurek. Od jakiegoś czasu zacząłem sprowadzać pierwsze okazy zbierające kurz na moich półkach i odnajduję w tym wielką przyjmność. M.in. skupiam się na transformerach. Wielkie roboty z obcej planety transformujące się w różnego rodzaju pojazdy i nie tylko, to ogromna część mojego dzieciństwa. Seriale, komiksy, zabawki, ileż tego było. Miło jest teraz oglądać jako obiekty kolekcjonerskie dawnych towarzyszy zabaw.

Czego by nie powiedzieć o tego rodzaju hobby pewnym jest to iż jest dosyć kosztowne. Rzadko kiedy da się trafić na prawdziwą super okazję dorwania świetnej figurki za bardzo niską cenę  (mnie się już raz udało). W związku z tym każdy kolekcjoner długo rozważa zakup konkretnej sztuki, ogląda masę videorecenzji, czyta opinie, słowem stara się upewnić, czy ktoś tutaj czasem, zamiast wartościowego modelu nie wciska mu plastikowego gniota. Figurki są bowiem różne. Jedne przechodzą do legendy, o innych lepiej byłoby zapomnieć…

W myśl zasady iż dobrze jest czasem coś kompletnie zgnoić prezentuję dziś listę subiektywnie wybranych dzięsięciu najgorszych figurek Transformers jakie zdarzyło mi się oglądać. Są to wyłącznie figurki z głównych linii, pominąłem tu takie cuda jak SW, czy Marvel Crossovers, bowiem o czymś tak ewidentnie głupim i niepotrzebnym nie ma nawet co rozprawiać. Niektóre z tych maszkaronów miałem w rękach, inne gruntownie jedynie obejrzałem na zdjęciach, ale i to czasami wystarczy aby wiedzieć, że figurka plugawiłaby moją półkę. Prawdopodobnie ktoś, kto siedzi w temacie dłużej ode mnie, wskazałby nawet gorsze egzemplarze. Boję się jednak, że obcowanie z nimi jeszcze gorzej wypaczyłoby mi mózg. Zapnijcie zatem pasy, przed wami podróż po bezdrożach zabawkarskiej miernoty i kpiny z konsumenta! Kolejność, w zasadzie całkowicie przypadkowa. Większość tych figurek jest tak zła, że jakiekolwiek próby uzgodnienia, która jest lepsza od drugiej mijają się z celem.

Miejsce 10 – Unicron (Generetaion 1)

Ten sympatyczny pulpecik znalazł się tutaj trochę na wyrost z uwagi na to, że nigdy nie trafił do oficjalnej produkcji. Powstały dwa prototypy, słuch o nich zaginął do czasu publicznego pokazania jednego z nich na Botconie w 1996. I dobrze, że tak się to skończyło. Wizja jednej z najbardziej epickich postaci w uniwersum Transformers jako piłki z rękami i nogami stanowczo mi nie podchodzi. Jak widać na załączonej fotce „dżiłanowy” Unicron znany był nie tylko z zamiłowania do fast foodów (McCybertron?), ale też był strasznie ciekawski. Na tyle ciekawski, że pragnął obserwować oglądające go nędzne ludzkie ścierwa także w alt mode i dlatego nie chciał schować głowy. Ot taki wścibski grubcio, nie żaden władca chaosu, pożeracz planet (choć żreć to on musiał jak tucznik w tej gablotce). Maksymalnie groteskowy, w sumie bardziej zabawny niż beznadziejny, ale uznałem, że nie mogło go tu zabraknąć.

W ramach odmiany, ta sama postać wydana w lini Armada szesnaście lat później, tym razem jako prawdziwy obiekt westchnień niejednego kolekcjonera – http://www.seibertron.com/transformers/toys/armada/unicron/163/1/82/  Doskonały przykład tego jak od czasów G1 technika poszła do przodu.

Miejsce 9 – Ironhide (Generation 1)


Ortodoksyjni fani pewnie mieliby mi za złe, że w ogóle śmiałem umieścić w tym zestawieniu zabawki z G1. Ich pozycja w fandomie jest z reguły niepodwarzalna, nie podlegają większej krytyce właśnie z uwagi na to, że to od nich się wszystko zaczęło. Jasne, na dzisiejsze standardy są klocowate, są toporne, ale wiadomo, w czasach z których pochodzą liczyła się przede wszystkim umiejętność transformacji. Nikt sobie wtedy nie zawracał głowy czymś takim jak pozowalność, czy show accurate. Dzieciaki chowane na dzisiejszych seriach, czy też BLEARGH! Bayformers nie zrozumieją ich uroku. Te figurki nie są złe, są po prostu inne, reprezentują sobą coś co już dawno minęło. Są jak szlachetne statuetki. Sam jakkolwiek nie planuję rozwijać kolekcji o zbyt wiele tych poczciwych staroci chętnie położyłbym łapki na Soundwave’e, Dinobotach, czy którymś z Gestaltów.

Czemu więc, biorąc pod uwagę mój szacunek do G1 umieszczam tutaj autobockiego specjalistę od uzbrojenia? Niestety, pomimo najszczerszych chęci nie potrafię wykrzesać z siebie ciepłych uczuć do tej figurki. Ja rozumiem, że to mold z przed prawie dwudziestu ośmiu lat, że wtedy były pewne ograniczenia i w ogóle. Ale i tak… no co to kuźwa jest? Dla jakiej fembotki on tak stracił głowę? Tak jest, figurka na zdjęciu jest jak najbardziej poprawnie przetransformowana, on naprawdę nie ma głowy! Czemu? Na litość, kto wpadł na to, żeby transformer nie miał głowy? Nawet w tamtych czasach starano się zachować podobieństwo do wyglądu serialowego postaci. I tak ten pan http://www.seibertron.com/transformers/toys/g1-1984/optimus-prime/34/1/34/ jak najbardziej przypomina tego pana http://tfwiki.net/wiki/Image:G1OptimusPrimeStockFootage.jpg  Ten pan http://www.seibertron.com/transformers/toys/g1-reissues/jazz/241/1/34/  przypomina tego http://tfwiki.net/wiki/Image:PrimeProblem_Jazz_is_in_the_way.jpg a ten http://www.seibertron.com/transformers/toys/g1-1985/shockwave/23/1/25/ tego http://tfwiki.net/wiki/Image:ShockwaveDesertionOfTheDinobots1.jpg  Nawet ten pan http://www.seibertron.com/transformers/toys/g1-1984/megatron/35/1/47/ jakkolwiek trochę za długo siedział w siodle to i tak kojarzy się z grubsza z tym panem http://tfwiki.net/wiki/Image:Mtmte1_megatron_throne.jpg  Ale czy to wygląda jak to? http://tilallaremine.files.wordpress.com/2011/02/g1-ironhide-cartoon.jpg  Niestety G1 Ironhide dostał w udziale wyjątkowo mało udanego bliźniaka. Pewnie nie wypada się wyśmiewać z kalek, ale ten bezgłowy jeździec i tak nurtuje mnie do dzisiaj. Na szczęście dwadzieścia lat po G1 nastała seria Universe/Classics 2.0 w ktorej przypomniano sobie o Ironhide, znaleziono jakiegoś zdolnego chirurga i przyszyto mu wreszcie ten nieszczęsny czerep http://www.seibertron.com/transformers/toys/classics-universe/ironhide/1596/1/39/

Miejsce 8 – Bumblebee (The Movie 2007)


Pierwszy Bąbelek wydany w lini The Movie 2007 ma na swoim koncie sporo ofiar śmiertelnych. Trudno jest zliczyć wszystkich zrozpaczonych samobójców żegnających się z życiem dlatego, że nie mogli poskładać tej pokraki do kupy. Transformacja żółtego autobota jest upierdliwa jak rój wściekłych os. Części nie chcą się trzymać kupy, wszystko zgrzyta, nie pasuje do siebie, przesuwa się i odpada. Rażą pomalowane niebieską farbą szyby auta (czemu nie przezroczysty plastik?) W trybie robota Trzmieliński może nie jest jakiś niewiarygodnie straszny, ale nie ma też praktycznie nic ciekawego do zaoferowania. Postawiony na półce obok innych postaci przestałby się rzucać w oczy momentalnie. Jest miałki, nudny, nie czuć od niego, że to jedna z najważniejszych postaci z filmu. Nawet względnie dobrą pozowalność psują mu stopy przywodzące na myśl korelacje rodzinne z Kaczorem Donaldem, a brak show accurate broni zastąpionej jakże spektakularnymi wyrzutniami strzałek, brutalnie nam przypomina, że mamy do czynienia z niskich lotów zabawką, prawie knockoffem, nie zaś godnym polecenia filmowym gadżetem. Wszystkie wady, zarówno trybu robota jak i pojazdu naprawił za to jego minimalnie młodszy brat z tej samej linii http://www.seibertron.com/transformers/toys/transformers-2007/bumblebee/1335/1/198/

Miejsce 7 – Demolishor (Revenge of The Fallen)


O filmach Michaela Baya zwykłem wypowiadać się kwieciście. Tym razem pozwolę sobie na jak najkrótsze wyrażenie mojej opinii. Pierwszy film był znośny, drugi żenujący, trzeci, przez większość czasu po prostu nudny. Jedno trzeba im jednak na plus, postawiono tutaj na parę konceptow stricte mało humanoidalnych robotow. To był dobry pomysł, umożliwiał wielkie pole do popisu dla wyobraźni twórców. Niestety co się tyczy niektórych figurek, ktoś tutaj zapomniał, że o ile papier, czy ekran zniosą wszystko, tak szara rzeczywistość niestety dużo mniej. Pan Demolishor jest tego świetnym przykladem. Na kinowym ekranie gigantyczne bydlę poruszające się na dwóch wielkich kołach i robiące z miasta prasowankę robi wrażenie. Jako figurka z kolei… cóż, bardzo bym chciał zaliczyć tę jego nietuzinkowość jako zaletę, ale zwyczajnie nie potrafię. Figurka Demlishora z oczywistych powodów stoi na bakier ze stabilnością. Z nim zwyczajnie nie da się zrobić nic więcej jak postawić tak, żeby się nie wywalał. Odbiorcy figurki oddana została co prawda do dyspozycji jakaś artykulacja, jednak jest ona praktycznie bezcelowa. W XXI w. zabawka, która daje z siebie mniej niż staruszkowie z G1 jest nie do przyjęcia. Na dodatek nasz groteskowy brzydal po transformacji z całkiem fajnego trybu pojazdu wygląda jak ofiara Nagłego Ataku Spawacza, który nie wiedzieć czemu znalazł inspirację w rozerwanych na pół koparkach i diabelskich młynach. Cierpi też na to, na co cierpią praktycznie wszystkie Decepticony z filmów Baya, mianowicie jego morda wygląda jak skrzyżowanie insekta z pomidorem po którym przejechał długi, rozpędzony peleton. Nieruchawy, pokraczny, brzydki jak deszczowa, listopadowa noc. Taki jest niestety Revenge of The Fallen Demolishor.

Miejsce 6 – Skids (Revenge of the Fallen)


Ekhm…

Naprawdę muszę coś dodawać?

NEEEEXT!

Miejsce 5 – Disc Blast Frenzy (Movie 2007)


Pewnie przesadzam tu trochę z pojazdem po figurkach Bayformers. Wszak w tej serii było sporo udanych modeli, trzeba to przyznać nieważne, czy się lubi tę stylistkę, czy nie… ale nie zmienia to faktu, że biednemu Frenzy’iemu, będącemu z resztą moją ulubioną postacią z pierwszego filmu, przypadła wyjątkowo paskudna, plastikowa personalizacja. Jest po prostu kilka takich TFów, których tryby alternatywne są tak niedorzeczne, albo tak trudne do oddania, że zwyczajnie nie da się figurki zrobić tak, żeby prezentowała się godnie w obu trybach. W takich wypadkach idzie się na kompromis, jedno może wyglądać dobrze… a drugie, no cóż. W wypadku postrzelonego szpiega Decepticonów tryb radia wygląda jak żywcem wyjęty z ekranu. Ale kto eksponuje transformera w alt mode? No chyba, że dać go jakiejś większej figurce do trzymanaia na ramieniu i urządzić na półce wieś disco party. Ale pod żadnym pozorem nie transformować! DB Frenzy w trybie robota traci charakterystyczną dla postaci smukłość i delikatność. Wygląda jak ofiara wypadku na budowie, rozpaczliwie próbująca wydostać się z basenu z betonem. Z boku i z tyłu wygląda po prostu jak radio, które zbratało się z chodnikiem po locie z ostatniego piętra. Na dodatek wszelkie detale nikną w wielkich połaciach szarego plastiku, ledwie w paru miejscach złamanego akcentem w innym kolorze. Konstrukcja ramion i nóg to jakiś żart, pozwala na ledwie parę podstawowych ruchów. Nie dość, że nieszczęsna pokraka nie prezentuje się dobrze to nawet nie jest bawialny. No chyba że kogoś jara możliwość wystrzelenia krążka hokejowego z klatki piersiowej. Reasumując, mogę polecić tę figurkę jedynie kolekcjonerom bulimikom. Popatrzysz na takiego i zwrót obiadu gwarantowany.

Miejsce 4 – Break (Beast Wars Neo)

O… kurwa!

Pardon, staram się nie rzucać mięsem na tym blogu, ale to była moja pierwsza myśl po zobaczeniu tej figurki. I jedyna przez kilka kolejnych minut. W jego miejscu miał się pierwotnie znaleźć Prime Robots in Disguise Knockout, który zawinił mi jedynie niesamowicie spieprzonym malowaniem http://www.seibertron.com/transformers/toys/transformers-prime-robots-in-disguise/knock-out/2694/1/22/ Kiedy jednak zobaczyłem przypadkiem to cudo uznałem, że pomalowany na sraczkowoburoczkowy kolor Knockout wygląda przy nim jak Transformer klasy Masterpiece. Beast Wars Neo to jedna z japońskich niekanonicznych kontynuuacji Beat Wars, jedna z tych serii TF, których na pewno nigdy nie zamierzam obejrzeć. Zniechęcają mnie groteskowe designy i okropny angielski dubbing (oryginalna wersja językowa jest trudno dostępna). Pojawiło się tam mnóstwo dziwacznych, kontrowersyjnych trybow alternatywnych. Powyższe zdjęcie uzmysławia tę opinię. Naprawdę, ludzie, wpadlibyście na to, żeby transformer zmieniał się w pingwina? Mało tego, w pingwina, który wybucha i z którego zamiast wnętrzności wydobywa się robot? Robot, który ma na sobie więcej ograniczających jakiekolwiek ruchy ogromnych paneli niż zgromadzono w sklepie z meblami. Po prostu panel na panelu i panelem pogania, istny król shellformerów. Gdyby złapał wiatr w to coś co wyrosło mu na prawej ręce popłynąłbym zapewne po morzu jak żaglowiec. Jakby tego było mało, jeśli jeszcze ktokolwiek zachował powagę patrząc się na to coś, to z całą pewnością popuści ze śmiechu w majty gdy zwroci uwagę na *put epic music here* TRYB DZIAŁA! zaprezentowany na środkowym zdjęciu przy akompaniamencie kolegi z tej samej serii, Longracka. Nie powiem z czym mi się to kojarzy, ale fani różnego rodzaju furry fetyszy pewnie są teraz w niebie. Ta figurka to śmiech na sali, kosmiczny kawał żałosnego chłamu. Z jednej strony wolałbym postawić na półce wypozowanego zdechłego szczura niż tę abominację, ale z drugiej, gdy tylko spoglądam na BLOWJOB PENGUIN CANNON MODE nie mogę przestać się śmiać. Na swój sposób Break jest więc niesamowity.

Miejsce 3 – Laserbeak (Armada – Micron legends)


Jaki fajny kurczak wielkanocny!

Powiedz, że chcesz go przygarnąć, no powiedz!

Nie?… Cóż, ja też nie…

Serio, to… to jest tak niewiarygodnie pointless, że aż mi żal strzępić klawiatury…

NEEEEXT!

Miejsce 2 – Retrax (Beast Wars)


Kolejne wielkie kuriozum ze stajni Beast Wars. Jest to druga, obok Breaka figurka w tym zestawieniu, której zdjęć nie znalazłem na Seibertron.com. To już wiele mówi. Ktoś tutaj zwyczajnie nie chce pamiętać, że coś takego w ogóle powstało. Trudno się z resztą dziwić. O beznadziei tego modelu możnaby pisać całe rozprawki. Spójrzcie tylko na tę głupią mordę, brak właściwie jakiejkolwiek artykulacji poza nogami, niesamowicie imponujący alt modę, który nie dość, że jest po prostu kupką posklejanych skorupek, to jeszcze reprezentuje coś co zazwyczaj rozdeptujemy podczas spaceru nawet o tym nie wiedząc. Pretty fucking impressive… ale nie wieszajmy tak psów na biednym Retraxie, on próbuje się bronić. On ma… TRYB BOJOWY!

Gdy naciśnie się mu guziczek na plecach klaszcze łapkami jak foczka na widok rybki… Wow! Ta figurka nie przestaje mnie zadziwiać. Zostawcie Masterpiece Optimusa Prime’a, lećcie wydawać forsę na Ebayu na tego potężnego Predacona! Wiecie, że to wasze przeznaczenie! Ludzie z Hasbro doskonale wiedzieli jaką wzbudzi on furorę. Nie od parady w końcu stworzyli potem redeco http://tfu.info/1998/Cybertron/Powerhug/powerhug.htm

Retrax na prezydenta!

A tak na serio z tą figurką można zrobić tylko kilka rzeczy. Można go postawić w pozycji „na Jezusa” bo w każdej innej się przewróci a ramion i tak inaczej nie ustwimy. Można go zwinąć w kulkę. wreszcie, można go wyrzucić do śmieci, albo poćwiczyć grę w baseball z nim w roli piłeczki. Wybór zostawiam wam.

Miejsce 1 – Airachnid (Transformers Prime – Robots in Disguise)


Pierwsze miejsce zarezerwowałem dla mojego prywatnego wielkiego rozczarowania. Wiedziałem, że ta figurka okaże się żałosna gdy tylko zobaczyłem jej pierwsze zdjęcia, ale żywiłem jednak maleńką dozę nadziei, że ktoś pójdzie po rozum do głowy i naprawi tu co nieco. Zwyczajnie lubię tę postać i bardzo bym chciał aby dostała godne plastikowe odzwierciedlenie. Niestety, ktoś tu strasznie pokpił sprawę. Prime okazało się bardzo nierówną serią jesli chodzi o figurki. Z jednej strony wydano fantastycznego Soundwave’a, świetnego First Edition Starscream’a, przyzwoitych Optimusa, Megatrona, Arcee, Ratcheta i Vehicona. Z drugiej koncertowo zwalono Knockouta i seryjną wersję Cliffjumpera… no i Airachnid.

DLACZEGO?

Dlaczego ona ma skorupę żółwia ninja na plecach? Dlaczego jest karyplowatym deluxem? Dlaczego zamiast trademarkowych pajęczych odnoży na plecach dostaliśmy jakieś trzy smętne wiechcie? Dlaczego te głupie panele na ramionach blokują jakikolwiek sensowny ruch? Dlaczego w ogóle konstrukcja całych ramion to porażka? Dlaczego dostała do trzymania jakieś cążki do paznokci? Dlaczego jedynymi dobrze odwzorowanymi elementami tego TFa są głowa i alt mode? Dlaczego jedna z najciekawszych postaci z serialu została tak koncertowo spieprzona? Dlaczego walę głową w biurko?

To bubel. Straszny, śmierdzący tandetą i benzadziejnymi rozwiązaniami bubel. Bardzo bym chciał, ale żaden Transformer z mojej półki nie umówi się z nią na randkę. Chyba, że kiedyś tam Hasbro zmaże z siebie tę hańbę wydając ją jako porządnego Voyagera. Ale na to pewnie poczekam latami *sob sob* ale ja jestem cierpliwy. Nie od parady czekam już od lat na porządnego Shockwave’a wydanego w Henkei/Generations.

I tak mamy za sobą ten mocno subiektywny przegląd beznadziejnych zabawek. Jedyne na co mogę mieć nadzieję, to to, że kiedyś w dalekiej przyszłości Transformery osiągną ideał. Wszystkie figurki będą dopracowane w obu trybach, świetnie pomalowane, pozowalne jak młoda gimnastyczka i tanie jak chińskie zupki Vifona. Po prostu „I have a dream”… a dopóki tak się nie stanie kolekcjonerzy dalej będą mogli wymyślnie wybrzydzać. W gruncie rzeczy, to część frajdy jaką daje to hobby. I choćby tylko dlatego istnienie powyższych potworków jest uzasadnione.

Top 10 animowanych łotrów lat 2008-11

Nie zarzucę żadną nowinką stwierdzając, że widownia kocha czarne charaktery. Praktycznie w przypadku niemalże każdego show mają oni najwięcej fanów, ponieważ budzą najwięcej emocji. Złe postacie od zawsze intrygują, bawią przerażają, skłaniają do refleksji. Tak było, jest i będzie. W tej chwili pewnie nie jeden z was uśmiechnął się na wspomnienie Jokera, Dartha Vadera, czy Doktora No.

Ale to wszystko dawne dzieje, a jak mają się sprawy z naszymi przemiłymi łotrami w dzisiejszych czasach? Dla tych, których też to zastanawia przygotowałem subiektywne zestawienie, dziesiątkę najciekawszych animowanych złoczyńcow ostatnich czterech lat. Dlaczego animowanych? Ponieważ wszyscy kochamy kreskówki. Dlaczego z ostatnich czterech lat? Ponieważ ów czasokres wydaje mi się najbardziej optymalny. Dlaczego top 10? Z takiego samego powodu, dla którego w Star Wars słychać dźwięki w próżni – bo tak! I niehaj Ci, których denerwują spoilery przestaną czytać albowiem ten artykuł jest nimi gęsto usiany!

I tak oto zaczynamy od:

Miejsce 10: Lord Shen („Kung fu Panda 2” – 2011)

Wspaniały aktor Gary Oldman ma na swoim koncie przeróżne postacie łotrów, tak jeśli chodzi o filmy aktorskie jak i voice acting. Wcielał się w postacie fantastyczne (Stansfield z „Leona Zawodowca”, czy Zorg z „Piątego elementu”), ale także w słabe, czy też zwyczajnie dziwne (Ruber z „Quest for Camelot, Dr. Smith z „Zagubionych w kosmosie”). W przypadku „Kung Fu Pandy 2” przypadła mu szczęśliwie rola z pierwszej grupy. Generalnie cały film był najlepszym możliwym sequelem. Prawie, że wszystko co mogło być lepsze względem części pierwszej zostało takie ukazane: historia, humor, dramatyzm, no i last but not least czarny charakter. Tai Lung z jedynki był po prostu ogarniętym rządzą zemsty futrzastym Terminatorem, który tylko rozdawał kułaki na lewo i prawo. Wzorowany na dawnym chińskim feudale paw arystokrata, Lord Shen jest natomiast postacią o wiele ciekawszą. Jakkolwiek potrafi sam sobie poradzić w krytycznej sytuacji, a walka w jego wykonaniu jest elegancka, momentami wręcz piękna, to woli jednak pozostawić brudną robotę w rękach swojej prywatnej armii tudzież złowieszczej broni wokół której kręciła się fabuła filmu. Ma również za sobą dosyć smutną historię. Jakkolwiek był głównie żądnym władzy megalomanem, to warto też zauważyć iż skrzywienie to spowodały przede wszystkim typowa dla każdego szlachcica duma połączona z tragiczną pomyłką i niezrozumieniem ze strony najbliższych. Shen uwierzył głęboko, że jedyną drogą do sukcesu jest własna siła oraz sianie strachu i terroru, co stało się źródlem jego geniuszu, ale też i upadku. Nie można również nie wspomnieć o wielu jego naprawdę fajnych kwestiach („The only reason why you’re still alive is that I find your stupidity… slightly amusing!”). Postać jest arcyprzyjemna w odbiorze. Ma świetne wejście i w zasadzie do końca zachowuje wielką klasę. Skąd zatem najniższa pozycja na liście? W zasadzie jedynie dlatego iż miejscami wydawał się lekko… zbyt filmowy. Mówię o tych wszystkich scenach gdy mówił do siebie, upajał się swoją rzekomą potęgą, po prostu grał złego dla samego bycia złym. Na szczęście takich scen było mało i nie zaważyło to na ogólnym postrzeganiu tej postaci. Elegancki, złowieszczy, bezwzględny, ambitny i niebezpieczny, taki właśnie jest Lord Shen. And I like it, a lot of!

Miejsce 9: Megatron („Tranformers Prime” – 2011-???)

Wiem oczywiście, że to któraś z kolei inkarnacja tej postaci, ale nowe wcielenie legendarnego lidera jedynej słusznej dla mnie frakcji w świecie Transformers aż się prosiło o miejsce na liście. Długo nie mogłem się zdecydować, którego z dwóch ostatnich Megatronów wyróżnić. Obie najmłodsze serie Transformers, „Animated” i „Prime” dostarczyły nam naprawdę fajnych main badassów. Bardzo lubię tego z „Animated” za jego zimną i wyniosłą postawę, a także jakże odmienne od pozostałych wcieleń tej postaci opanowanie. Zdecydowałem się jednak wyróżnić Megatrona z „Prime”, ponieważ po pierwsze chwilami był autentycznie przerażający, przez swoją fasynację mrocznym energonem, zakrawającą wręcz o szaleństwo, a ponadto jest w nim to wszystko co ludzie głównie kojarzą z tą postacią: dzikość, brutalność, bezwzględność i przebiegłość. Dodatkowo spodobały mi się ogromnie jego relacje z Optimusem, w którym nie widział jedynie znienawidznego wroga, ale też równego sobie, niebezpiecznego byłego towarzysza, który ostatecznie znalazł się po drugiej stronie barykady. Widać w jego podejściu sporo szacunku dla przeciwnika i tym zasłużył sobie na kolejny plus. Dodajmy do tego jeszcze głos Franka Welkera, jednego z najbardziej elastycznych aktorów głosowych w historii… nie ma co, Megatron „Agent Smith” z Bayformers nie jest godzien choćby wkręcać śrubek młodszemu bratu. All hail Megatron!

Miejsce 8: Dr Facilier/Shadow Man („The Princess and The Frog” – 2009)

„Princess and the Frog” udowodnił, że Disney w dzisiejszych czasach nie musi kojarzyć się tylko z Hańcią Montancią i braćmi Dżonas. Udowodnił też, że klasyczna animacja nie umarła i potrafi trzymać się dobrze w zalewie 3D przeciętniozy. No i po trzecie, film przypomniał nam też, że w wypadku produkcji sygnowanych logo bajkowego zamku rzadko chodzi nam o głównych bohaterów, czy fabułę ogółem. Tutaj pierwsze skrzypce grają ci źli, a Dr Facilier aka Shadow Man mogłby zaiste zagrać sam za cały kwartet. Czarownik voodoo zrobiony na Barona Samedi, z aparycją, która jak nic kojarzy mi się z pewnym glinarzem z Beverly Hills praktycznie ukradł film pozostałym postaciom (może z wyjątkiem Mamy Odie, która była genialna). Uwielbiam w nim bezwzględność, spryt i umiejętność manipulowania innymi. Ciekawe jest również to, że do końca nie panował w pełni nad siłami, które mu pomagały. Ożywione cienie i inni, manifestujący swą obecność poprzez maski voodoo, mieszkańcy zaświatów nie byli jego sługami, lecz raczej partnerami widzącymi swój cel w pomocy czarownikowi. Najmniejszy błąd mógł przynieść zgubę łajdakowi bawiącemu się voodoo. To tylko dowodzi ile wspomniany ryzykował i jak bardzo pewny był swojego sukcesu. Nie można również zapomnieć o tym iż do niego (jak i w przypadku większości disneyowskich łotrów) należy jedna z najlepszych (obok „Dig a little deeper”) piosenek w filmie, „Friends on the other side”, kapitalnej zarówno w oryginale jak i w świetnej polskiej wersji językowej, dzięki świetnie dobranemu do postaci głosowi Wojciecha „Jacka Skellingtona” Paszkowskiego. Podsumowując… „Don’t you disrespect me little man!”

Miejsce 7: Rattlesnake Jake („Rango” – 2011)

„Rango” ogromnie mi się podobał. Kawał świetnej animacji, doskonałej pod względem plastycznym, okraszonej fajnym scenariuszem, ujmujacy licznymi nawiązaniami i klimatem sphagetti westernu a także niemożebnie zabawnym tytułowym bohaterem. Twórcy nie zawiedli też w kwestii szwarccharakteru. Jakkolwiek Grzechotnik Jake pojawia się na ekranie bardzo późno, z miejsca zaspokoił mój apetyt na fajnego villaina. Jeśli zrobiony na klasycznego zakapiora z Dzikiego Zachodu grzechotnik z gatlingiem w miejscu grzechotki, przemawiający na dodatek głosem Billa Nighy, lepiej znanego jako Davie Jones, nie jest czymś zajebistym to nie wiem co w takim wypadku jest zajebiste. Na dodatek postać jest przerażająca od początku aż po sam koniec. Wystarczy przez chwilę spojrzeć w te demoniczne ślepia i posłuchać którejś z jego naprawdę odjazdowych kwestii ( „Go to hell! Where do you think I come from?”) by utwierdzić się w przekonaniu, że mamy do czynienia z kimś kto najpierw uleje sobie do szklaneczki trochę własnego jadu, każe nam wypić i pośle nam kulkę między oczy dopiero gdy ofiara zacznie się dławić własnym językiem. Jake jest brutalny, bezlitosny i pozbawiony wszelkich skrupułów, a tych, którym wydaje się, że potrafią go kontrolować gdy najmują go do roboty, szybko czeka bolesny zawód. Żeby było ciekawiej nawet taką stuprocentową kanalię stać w ostatecznym rozrachunku na odrobinę honoru i to czyni go paradoksalnie jeszcze fajniejszym. Nie ma co, gdyby w „Dobrym, Złym i Brzydkim” miały wystapić zwierzaki zamiast ludzi, Grzechotnik Jake z pewnością zagrałby bardzo, bardzo złego…

Miejsce 6: Cad Bane („SW- The Clone Wars” – 2008-???)

Durosjański łowca nagród jest z całą pewnością najlepszą z nowych postaci jakie wprowadziły do uniwersum SW trójwymiarowe Wojny Klonów. Co prawda zadebiutował na kartach online’owego komiksu „Invitation only”, jednak naprawdę konkretne akcje z jego udziałem miały miejsce już w serialu. A Bane miał sporo do zaoferowania. Był niebywale cwany, a swoimi fortelami potrafił zadziwić nawet starych Jedi. Więcej, dotrzymywał im również pola w walce, zarówno dzięki fizycznej sprawności jak i swoim gadżetom, tak charakterystycznym dla star warsowych łowców nagród. Bezapelacyjnie najlepszy moment z jego udziałem to scena przesłuchiwania go przez Jedi. Nie mogąc wyciągnąć od Durosa potrzebnych informacji postanawiają oni wpłynąć mocą na jego umysł. A ponieważ umysł łowcy nie należy do słabych, Anakin, Obi-Wan i Mace Windu decydują się dokonać tego w trójkę. Nawet łącząc siły nie udaje się im złamać siły woli Cada, zaś wspomnany decyduje się na współpracę jedynie dlatego, że odpieranie psychicznego nacisku sprawia mu potworny ból. Scena jest genialna, pokazuje, że Bane jest tak niewzruszonym kozakiem, że dobrym, szlachetnym Jedi nie pozostało nic innego jak uciec się do zwyczajnych tortur aby złamać jeńca. I choćby za to Cad dostaje plus 100 do zajebistości i miejsce na liście. Ah, warto też wspomnieć o jego designie. Płaszcz, szeroki kapelusz, rury przymocowane do policzków, oraz para blasterów stylizowanych na stare pistolety, nadają mu wygląd steampunkowego wojownika z prerii. Czegoż chcieć więcej od zimnokrwistego, zachłannego i diablo sprytnego kosmicznego bandyty?

Miejsce 5: Prof. Pericles („Scooby Doo: Mystery Incorporated” – 2010-???)

Kolejny ptasi villain. Kiedy wpadł mi do głowy pomysł na ten tekst nawet przez chwilę nie przypuszczałem, że umieszczę w zetawieniu jakąkolwiek postać ze „Scooby Doo” Co jak co, ale ta seria nie kojarzyła się do tej pory z fajnymi łotrami. Jednakże po seansie „Mystery Incorporated” musiałem po prostu wspomnieć tutaj o Prof. Pericles, chyba najbardziej złowieszczej papudze w historii. Ów ptaszek o aparycji będącej miksem szalonego naukowca i jednookiego psychopatycznego mordercy zaczyna dawać się we znaki Scoobiemu i szajce zaraz po tym jak daje nogę, ze specjalnego zakładu karnego dla zwierzęcych przestępców. Tak to brzmi głupawo, no ale skoro mmamy już gadającego psa to dlaczego nie papuga, geniusz zbrodni? Papuga przynajmniej naprawdę potrafi się nauczyć mówić… choć nie w takim stopniu jak to w kreskówkach bywa. A Pericles potrafi dużo więcej niż prosić o krakersa. Jest niebywale inteligentny, wybitnie utalentowany w dziedzinie chemii, mechaniki i innych dziedzin nauki, doskonale manipuluje ludźmi dzięki swojej inteligencji i sile woli. Jednak to co naprawdę mnie ujęło w tej postaci to jego wieczny spokój i opanowanie, a także całkiem słuszne przekonanie o swojej wyższości i przyszłym powodzeniu jego planów. Uwielbiam po prostu postacie, które wszystkich innych trzymają w szachu i pociągają cały czas za odpowiednie sznurki podczas gdy inni miotają się bezwiednie nie wiedząc o co chodzi. Nazywam to toposem Palpatine’a. Prof. Pericles idealnie się w ten mój ulubiony schemat wpisuje. Nie mogę się doczekać aż zobaczę jakie numery wytnie tytułowym bohaterom w kolejnej serii.

Miejsce 4: Airchnid („Tranformers Prime” – 2011-???)

Kolejna postać z „Transformers Prime”, tym razem nie będąca odświeżeniem starego bohatera, aczkolwiek na pewno skojarzy się wszystkim fanom TF z Blackarachną z „Beast Wars” i „Animated”. Różnica tkwi jednak w tym, iż poprzednie transformersowe pajęczyce zachowały w sobie odrobinę dobra. Airachnid to z kolei wybitnie, całkowicie i absolutnie zimna, okrutna, sadystyczna, przebiegła suka. I niech mnie szlag, uwielbiam takie postacie! Nie ma nic lepszego od porządnego kobiecego villaina, nawet jeśli jest robotem. Trafiła na listę za to, że nie sposob o niej po prostu nie wspomnieć przy rozmowach o „TF Prime”. Seria jest wspaniała pod każdym względem, w tym także pod jesli chodzi o postacie Decepticonów. Wspomniany juz Megatron, świetny Knockout, bardzo udani Starscream i Soundwave… no i wreszcie póki co absolutny number one, Airchnid, decepticońska specjalistka od tortur, a później samotny łowca i kolekcjoner obcych gatunków. „Predatory”, odcinek w którym zadebiutowała był najlepszym epizodem serii pierwszej. Zdecydowanie najmroczniejszy, najpoważniejszy, pełen klimatu zagrożenia i osaczenia, nie można była po prostu zmodzić lepszego wejścia dla takiej postaci. Całość uzupełnia kapitalny design. Wąskie oczy, pociągła twarz, głowa stylizowana na disneyowską Maleficent, oraz pajęcze odnóża na plecach dodatkowo budują wręcz demoniczną atmosferę wokół i tak świetnej postaci. Wspaniały szwarccharakter dla wspaniałego show, krótko mówiąc.

Miejsce 3: Ice King („Adventure Time” – 2010-???)

W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć również villain’a zabawnego, takiego którego nie sposób brać na poważnie, bo został stworzony wyłącznie aby dostawać po dupie i wygrażać się w taki sposób, że brzuch aż boli ze śmiechu. Po prostu topos Księciunia z „Gumisiów”. Ice King teoretycznie idealnie się w ten schemat wpasowuje… dlaczego teoretycznie? O tym za moment. Najsampierw trzeba wyjaśnić czemu jest zabawny i na to odpowiedź jest tylko jedna – jest Ice Kingiem! Teksty, jego mania na zdobycie serca jakiejkolwiek księżniczki, słynne GUNTER! Jest po prostu świetną postacią w świetnym serialu jakim jest „Adventure Time”. Na jego osobie skupiona jest jedna z najlepszych scen w serii  No dobra, jest zabawny, ale czy powinien zająć tak wysokie miejsce w tym zestawieniu? I tu dochodzimy do wspomnanego „teoretycznie”. W jednym z wypuszczonych w grudniu odcinków, „Holly Jolly Secrets Part II” wychodzi na jaw przeszłość Króla, to w jaki sposób stał się tym kim jest. Nie spoilerując powiem tylko tyle, że ta krótka scena była dla mnie największym jak dotąd zaskoczeniem w „Adventure Time”. Po całej masie prześmiesznych, dziwnych, czasem lekko strasznych akcji przyszedł tym razem czas na moment naprawdę wręcz dołujący. Historia kogoś, kogo do tej pory mieliśmy za zwyczajnego pierdołę jest zwyczajnie smutna i jakkolwiek zaraz po tym twórcy próbowali ocieplić klimat, tradycyjnie powracając do zabawnej, lekkiej atmosfery do jakiej przyzwyczaiła seria, to jednak ciężko o czymś takim zapomnieć. Potrafię dalej śmiać się z Ice Kinga, jednak teraz również mu trochę współczuję, oczywiście na tyle na ile można mowić o czymś takim w wypadku fikcyjnej postaci. W zasadzie wysokie miejsce dla tego od teraz niezwykłej osobnika to także ogólne uhonorowanie twórców „Adventure Time”, którzy pokazali, że mają na tyle jaj i pomyślunku, że potrafią tworzyć niebanalne, śmieszne, maksymalnie zakręcone historie, ale nie wahają się sposępnić klimatu kiedy uważają to za stosowne.

No, ale żeby się nie zrobiło zbyt poważnie –  🙂

Miejsce 2: Fabrication Machine („9” – 2009)

Przyznaję, że „9” średnio mi się podobał. Zwiastun mnie totalnie zachwycił, nastawiłem się na epickie widowisko. Tymczasem animacja Shane’a Ackera jakkolwiek w żadnym stopniu nie zawodzi pod względem wizualnym to okazała się też niestety strasznie pośpiesznie poprowadzoną, porwaną historią z bohaterami, którzy raczej migają przez ekran niż faktycznie się pojawiają i tworzą między sobą jakieś relacje, a przez to nie dają się praktycznie polubić. No i to infantylne i zbyt oczywiste zakończenie… Nie mniej za jasny punkt filmu trzeba po prostu uznać głównego adwersaża, przerażający, bezimienny automat do tworzenia najróżniejszych koszmarów oraz przyczynę zagłady ludzkości, określany przez widzów po prostu jako Fabrication Machine. Sztuczna inteligencja wyposażona w masę złowrogich, mechanicznych macek i szponów, strasząca cały czas pojedynczym, czerwonym „okiem” jak żywo kojarzącym się z HALem z „Odysei kosmicznej”, staje się prawdziwym Nemesis szmacianych mieszkańców postapokaliptycznego świata, a misja zniszczenia jej przybiera wręcz powagę misji powierzonej w innej historii pewnemu Hobbitowi. Pozbawiony jakiegolwiek pierwiastka ludzkiej duszy, uosabiający sam suchy, zimny intelekt twór miał przynieść ludzkości świetlaną przyszłość. Zamiast tego obrócił się przeciwko swoim twórcom, powołując do życia armię śmiercionośnych maszyn. Co ciekawe pomimo tego, że maszyna potrafiła jedynie niszczyć odnosi się wrażenie, że przede wszystkim chciała tworzyć. Po tym gdy bohaterowie budzą ją do życia natychmiast zabiera się do budowania i ożywiania kolejnych ścigających bohaterów automatów. Tu trzeba też oddać twórcom, że postarano się także w wypadku postaci mechanicznych bestii. Każdy kolejny pomiot Maszyny był bardziej groteskowy i przerażający, szczególnie ostatnia bestia przypominająca węża z głową laleczki. Co więcej Maszyna jakkolwiek niezdolna do odczuwania uczuć zdawała się na swój sposob przejmować losem swoich tworów. Utratę każdego z nich kwitowała świdrującym uszy straszliwym wrzaskiem w którym jak nic szło odczytać nie tylko ogromną wściekłość, ale także wręcz cierpienie matki po utracie dziecka. Mechaniczny symbol potęgi ludzkiego umysłu jakkolwiek całkowicie bezduszny jest na swój szczególny sposób postacią tragiczną. Pomimo tego, że był cudem techniki okazał się być tragicznie niedoskonały przez brak choćby odrobiny tego co człowieka czyni człowiekiem i rozpaczliwie starał się chociaż do tego zbliżyć. Jest przykładem istoty z którą nikt nigdy nie będzie potrafił się porozumieć, istoty, która na zawsze pozostanie nieodgadniona i budząca grozę, zupełnie jak Solaris z powieści Lema. Bezosobowa, straszna, genialna, ale jednocześnie szalona Fabryczna Maszyna wzbudziła we mnie wiele emocji i zmusiła do paru refleksji na temat natury człowieczeństwa, refleksji dalece bardziej zajmujących niż wspomnienie ogółu filmu. I właśnie to wszystko zapewniło jej bardzo wysokie miejsce na tej liście jak i również na liście najbardziej przerażających animowanych postaci ever.

A tymczasem dotarliśmy do ostatniego, najwyżej uhonorowanego miejsca. Który to czarny charakter jest na tyle złowrogi, aby dostąpić tego zaszczytu?

Miejsce 1: Nox („Wakfu: The Animated Series” – 2008-???)

Bezpłatne MMORPG „Wakfu” jako gra jest całkiem sympatyczna, lecz trochę nużąca na dłuższą metę. Za to zrobiony na jej motywach serial animowany uważam za jedną z najlepszych produkcji telewizyjnych ostatnich lat. Jest w nim absolutnie wszystko co niezbędne do zbudowania fajnej historii: akcja, humor, sympatyczni bohaterowie, wątki poboczne i przewodnie, oraz last but not least, genialny, mroczny przeciwnik.

Nie boję się użyć tego słowa, w tym wypadku nie ma mowy o absolutnie żadnym nadużyciu. Nox jest postacią genialną. Od samego początku, aż po koniec budzi ogromne emocje, od uznania, zdziwienia, strachu aż po ogromne współczucie. Co jest w nim takiego wspaniałego? Krótko i na temat: To jest badass całkowity! Jego plan był zapięty praktycznie na ostatni guzik, nikt i nic tak naprawdę nie potrafiło go powstrzymać. Jakby na to nie patrzeć w bezpośrednim, ostatecznym starciu przegrał z nim nawet główny bohater, który to zazwyczaj w 99% tego typu sytuacji jest górą. A tu zonk! Potęga jaką dysponował szalony Xelor była niewyobrażalna. Wszystko co miał do swojej dyspozycji, prywatna armia, złowrogie machiny z jego niesamowitym ogromnym zegarem na czele, zombiaki, bestie, wszystko budziło grozę, wszystko wgniatało w ziemię. On sam wreszcie budził grozę swoim dziwnym, na wpół mechanicznym sposobem poruszania się, szalonym, niepowtarzalnym śmiechem, zimną kalkulacją, brakiem skrupułow. Ogromna moc w połączeniu z jego szaleństwem i obsesją pozwoliła mu położyć na łopatki nawet smoka Grougaloragrana, który wydawał się największym koksem całej serii. Wiem, że brzmię teraz jak nawiedzony fanboy, ale naprawdę o tej postaci nie da się mówić bez zachwytu. Praktycznie w każdej produkcji w której chodzi o walkę dobra ze złem, ciemna strona mocy zostaje ukazana jako ta wyraźnie potężniejsza, celem zbudowania dramatyzmu sytuacji. Jednak w żadnym dotychczasowym show z jakim przyszło mi się zetknąć nie zostało to ukazane aż tak sugestywnie. Widz jest przekonany, wie, że Nox nie osiągnął swego celu jedynie przez swoją brzemienną w skutkach, katastrofalną pomyłkę będącą na dodatek zwykłym błędem w obliczeniach. Wszystko inne udało mu się zrealizować. Pokonał smoka, zdobył energię drzewa Sadida, zmiażdżył wszystkich, którzy stanęli mu na drodze, dokonał tego, co planował… a mimo to przegrał.

I to kolejny powód dla którego ta postać budzi tyle emocji. Nox został niewiarygodnie skrzywdzony. Przez swoje zaślepienie stracił rodzinę, a gdy już było za późno coraz bardziej pogrążał się w swoim szaleństwie ufając, że jeśli stanie się jeszcze potężniejszy, zdoła prześcignąć samego boga czasu, będzie w stanie cofnąć się w czasie i naprawić swoje błędy, a także wymazać z pamięci i cofnąć skutki zbrodni, do których się posunął przez prawie 200 lat gromadzenia tytułowej energii Wakfu, która miała posłużyć do przeprowadzenia całej tej operacji. Przez cały ten czas miał tylko jedną cel dla którego gotow był poświęcić życie milionów, znowu zobaczyć swoich bliskich. Tymczasem gdy był o krok od pełnego sukcesu wszystko okazało się ułudą. Ilość Wakfu jaką zebrał przez 200 lat wystarczyła na cofnięcie się w czasie o 20 minut. Niedowierzenie, a potem straszliwa rozpacz i wreszcie samotna łza spływająca po policzku Xelora to niewątpliwie jedna z najlepszych scen pierwszej serii „Wakfu”. Widząc to i rozumiejąc co ten człowiek stracił nie można po prostu pozostać obojętnym. Widz łapie się na tym jak strasznie jest mu żal Noxa, łapie na tym, że tak naprawdę jego motywacje były jak najbardziej sensowne. Gdyby jego plan powiódł się w pełni wszystko potoczyło by się innym torem, świat istniałby dalej taki jaki jest, a Nox odnalazłby swoje szczęście. Kiedy zaczyna się naprawdę rozumieć tę postać to właśnie jemu zaczyna się kibicować i nie jest to zwykłe, tradycyjne przywiązanie do czarnych charakterów. Nox ma po prostu najjaśniej sprecyzowany cel, naprawdę chce się, żeby mu się powiodło i tym większy ogarnia widza smutek gdy nieszczęśnika spotyka kolejna tragedia.

Reasumując, Nox jest niesamowity. Budzi 10 razy tyle emocji co ci wszyscy łotrzy wymienieni przed nim. Szalony, mroczny, niepowstrzymany i budzący ogromne współczucie. Za to wszystko należy mu się zasłużone pierwsze miejsce na liscie najciekawszych animowanych łotrów lat 2008-11. Amen.

Post Navigation