messinmyhead

Kraina Zgryźliwego Tetryka

Archive for the category “Recenzje”

„Igor” – recenzja

Dzisiaj zajmiemy się filmem, który o ile mi się dobrze wydaje przeszedł całkowicie bez echa. Takie przynajmniej mam wrażenie bo o istnieniu „Igora” dowiedziałem się zupełnie przypadkowo. Nigdzie nie widziałem żadnego trailera, a film ma już pięć lat na karku. Trochę to dziwne biorąc pod uwagę z jak udaną i sympatyczną animacją mamy do czynienia. Czytaj dalej…

Reklamy

Wakacyjne czytadełka – co tam warto poczytać?

Tytuł mówi sam za siebie Czytaj dalej…

„Pacific Rim” – recenzja

Na wstępie zaznaczam, że nie jestem jakimś niewiadomo jak wielkim miłośnikiem tzw. monster movies. Fascynacja nimi nigdy się jakoś u mnie nie rozwinęła. Z takiej „Godzilli” widziałem tylko cztery ostatnie filmy z serii Heisei, w momencie gdy już byłem chyba za stary żeby brać na poważnie facetów w gumowych kostiumach rozwalających kartonowe domki. Teraz nie potrafiłbym już się tym zafascynować, raz biłby po oczach archaizm tych produkcji, dwa każdy z tych filmów to praktycznie to samo podane kilka razy pod rząd. Czytaj dalej…

Gex – retrospektywa

Well, post miał się ukazać wczoraj jak obiecywałem, ale akurat wtedy WordPress zaczął się buntować i publikacja okazała się być niemożliwą. Dość jednak o przejściowych usterkach, czas na powrót do przeszłości. Przeszłości gier video. Czytaj dalej…

Parę słów na temat Assassins Creed III

Nie miałem wcale zamiaru zagrać w Assassins Creed III. Seria ominęła mnie szerokim łukiem i nigdy specjalnie nie zainteresowała. Jednakże przy okazji zakupu nowego komputera otrzmałem również parę kodów umożliwiających darmowy, legalny download kiklu gier, m.in. właśnie najnowszego Assassina. Skorzystałem zatem z okazji. Po długim pobieraniu zacząłem grać. Obecnie mam za sobą 25% postępu i nadal mam ochotę na więcej.  Jakie są moje wrażenia? Czytaj dalej…

Recenzja – „Wielka Kolekcja Komisow Marvela” nr.1

Z nową komiksową kolekcją eleganckich wydań uznanych komiksów Marvela wiązała się początkowo dziwna sprawa. Sporo ludzi się nakręciło, ale pierwszego numeru nijak nie szło nigdzie znaleść, był dostępny jedynie w wybranych punktach sprzedaży w wybranych miastach. Okazało się jednak, że pierwszy rzut był stricte testowym i teraz owa seria wznowień powinna być już ogólnodostępna. Sam natknąłem się przypadkiem na kilka egzemplarzy w Empiku i nie omieszkałem zrobić sobie prezentu na Mikołaja. Raz że cena pierwszego numeru na zachętę to jedyne 14.99 zł (każdy następny około 40 zł), a dwa, zawiera on wycinek z lini fabularnej The Amazing Spider-Man, do której to postaci żywię wielki sentyment.

R0015541

Czytaj dalej…

„Godzilla the series” – retrospektywa

OMG! IT’S GODZILLA!

Ekhm…

Prawdę mowiąc nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem Godzilli. Owszem, miałem zabawki, widziałem kilka starych filmów, ale jakoś nigdy nie złapałem niewiadomo jakiego bakcyla na słynnego potwora, którego powołała do życia wytwórnia Toho. Mimo to czuję do niego pewną dozę sympatii. Stanowi w końcu jeden z największych japońskich wkładów w rozwój kultury masowej.

A ponieważ nie stałem się wiernym fanem starych filmów nie potrafilem też znienawidzieć wersji amerykańskiej z 1998 r. Na obrazie Emmericha wieszano psy, pomstowano za zniszczenie marki itp. Mnie zaś paradoksalnie… film się podobał. Racja, był miejscami głupawy jak… cóż, inne filmy Emmericha, ale mimo to uważam go za kawał solidnego thrillera SF. Sam nie wiem, może to zasługa niezłych efektow specjalnych, albo Jeana Reno, jednego z moich ulubionych aktorów.

W każdym razie wydaje mi się, że relatywnie mało osob pamięta, że na bazie pełmometrazowego obrazu powstał później serial animowany, twórczo rozwijający to co widzieliśmy w kinie. Odnoszę wrażenie, że jest to produkcja nieco zapomniana, a moim zdaniem niesłusznie gdyż stanowiła przykład jednej z solidniejszych rozwojówek popularnych franchise jakie przyszło mi oglądać.

Fabuła rozpoczyna się w momencie końcówki filmu. Pierwszy Godzilla ginie zaplątany w liny Brooklyn Bridge i rozstrzelany salwą rakiet. Wszystkim wydaje się, że zagrożenie przeminęło. Jednak naukowiec Nicko Tatopoulos wciąż ma na względzie zniszczone wcześniej gniazdo potwora i namawia wojskowych na powtórne przeszukanie tego miejsca celem upewnienia się, że żadne z młodych nie przeżyło. Podczas oględzin przypadkiem natrafia samotnie na jedyne ocalałe jajo z którego akurat wykluwa się kolejny jaszczur. Ten jednak, w przeciwieństwie do maluchów unicestwionych w filmie nie traktuje pierwszej napotkanej żywej istoty jako śniadania, gdyż chwilę wcześniej Nicko upaprał się niechcący śluzem z jaja i nabrał znajomego dla zwierzaka zapachu. Gadzina ucieka, a jajogłowy razem ze swoją ekipą starają się go przez jakiś czas namierzyć. Gdy ponownie dochodzi do konfrontacji okazuje się, że stworek zdążył osiągnąć już całkiem konkretne rozmiary. Żeby jednak było śmieszniej okazuje się, że w dalszym ciągu pamięta on Nicka i traktuje go wręcz jako rodzica. W przeciwieństwie zatem do poprzedniego Godzilli, junior staje się w pewien sposób zdatny do kontrolowania i badania. Okazuje się to mieć znaczenie, bowiem z całego świata zaczynają dochodzić słuchy o pojawianiu się innych, niszczycielskich mutantów, powstałych podobnie jak Zilla w wyniku radioaktywnego promieniowania, bądź genetycznych eksperymentów. W momencie gdy Ziemia pomału zaczyna się przekształcać w niebezpieczne zoo naukowy zespół badający naturę wielkich potwórów, mający na dodatek za maskotkę trzydziestometrowego, ziejącego radioaktywnym oddechem jaszczura, staje się cennym sprzymierzeńcem ludzkości.

Dalej wszystko zaczyna lecieć pewnym schematem. W każdym kolejnym odcinku bohaterowie mają styczność z nowym potworem, którego najczęściej posyła do piachu Godzilla junior. Mamy tu więc swoiste nawiązanie do późniejszych filmów wytwórni Toho w których to w pewnym momencie tytułowy potwór staje się bardziej obrońcą ludzkości niż śmiertelnym zagrożeniem (choć nie dotyczyło to ich wszystkich). Same monstra zaś są mniej lub bardziej pomysłowe. Mamy zatem mnóstwo klasycznych aż do bólu wielkich insektów, czy zmutowanych, ala prehistorycznych stworów. Z czasem jednak bestiariusz zaczyna być uzupełniany także o stworzenia mitologiczne, roboty, cyborgi. Bohaterowie zaliczą nawet podróż w czasie, nie zabraknie również gości z kosmosu. Ogółem Godzilla ma w tej serii pełne łapy roboty, podobnie jak pierwszoplanowa ludzka obsada.

Ten zaś tworza zarówno postacie pamiętane z filmu jak i stworzone całkowicie na potrzeby serialu. W centrum uwagi cały czas jest Nick i jego koledzy z zespołu, sarkastyczna pani dr Elsie Chapman i pierdołowaty, tchórzliwy i wiecznie zakatarzony dr Mendel Craven. Nowe twarze stanowią Monique Dupre, łowczyni i agentka francuskich sił specjalnych, twarda babka przysłana pierwotnie w celu zgładzenia Godzilli, oraz wyluzowany latynos Randy Hernandez, żartowniś, haker i generalnie „ten od komputerów”. Nie zapomniano również o dziewczynie Nicka, wścibskiej dziennikarce Audrey Timmonds i jej kamerzyście Victorze. Stanowią oni jednak postacie drugoplanowe.

Generalnie obsada jest całkiem udana. Drużynka dogaduje się ze sobą raz lepiej raz gorzej, jedni są odpowiedzalni za „science stuff” inni za elementy komediowe. Głównym bohaterem ma być jednak Godzilla. I na szczęście wbrew pozorom nie gra tu całkowicie roli dużego psa trzymanego caly czas na smyczy. Przez całą serię jest dosyć nieprzewidywalny, a ludzie zdają sobie doskonale sprawę z tego, że źle poprowadzony sam stanie się jeszcze jednym zagrożeniem i dużo czasu poświęcają na wymyślanie różnych sposobów wchodzenia w interakcję z jaszczurem. Fajnie zatem, że twórcy uniknęli jakiegoś rzygania tęczą i magią przyjaźni i próbowali uzmysłowić, że kontrolowanie gigantycznego, niebezpiecznego zwierzęcia to niełatwy chleb do zgryzienia. I m.in dlatego serię fajnie się ogladało. Jej fabuła stanowiła świetny bilans między akcją i rozpierduchą w wykonaniu wielkich potworów, a próbą zrozumienia potężnej istoty, znalezienia dla niej bezpiecznego miejsca na ziemi, a także nie tylko wykorzystywaniem jej jako broni przed innymi mutantami lecz i własoręcznym ochranianiem jej przed ludźmi, którzy wszystko co niezbadane i tajemnicze najchętniej by pogrzebali, rozwiązując problem najprostszą możliwą drogą. Z pośród wielu epizodów mających luźniejszy charakter da się wyłuskać kilka nieco poważniejszych, a nawet trochę smutnych, np. historię o tym co by się zdarzyło gdyby pupil głownych bohaterow poczuł nagle zew natury…

Serię dawno temu obejrzałem od początku do końca i kto wie, czy jej sobie w całości nie odświeżę. Dla mnie to jedna z tych trochę niedocenionych, fajnych rzeczy, dobrze się kojarzących z latami dzieciństwa. Odpowiedzialne za nią studio Adelaide Productions ma z resztą na koncie inne świetne tytuły emitowane w tamtych czasach jak „Men in Black: The Series”, „Project G.e.e.K.e.R.”, czy „Jumanji: The Series”. Oglądałem je wszystkie i wszystkie wspominam z nostalgią. Pozwoliłem sobie jednak wyrożnić z pośród nich właśnie Godzillę, głównie przez wzgląd na ogólną pogardę jaką powszechnie darzy się filmowy pierwowzór. Moim zdaniem nawet ci, którym ów obraz się nie podobał mają szansę obejrzeć z przyjemnością serial, gdyż jest on o wiele bardziej wciągający i ciekawy. Grupka sympatycznych postaci, walki potworów w tle i wbrew początkowemu wrażeniu naprawdę dobrze skonstruoowany i przemyślany plot są gwarancją udanej rozrywki.

Recenzja – Maja.L. Kossakowska – „Grillbar Galaktyka”

Z niektórymi autorami bywa jak z pewnymi rodzajami jedzenia. Czasem zdarza się, że coś co początkowo nam smakowało po jakimś czasie zaczyna rosnąć w ustach i zamiast słów uznania dla kucharza potrafimy z siebie wydać jedynie śmierdzące beknięcie. Mnie tak przejadła się prędko twórczość Kossakowskiej. Jej cykl angelologiczny, poza „Żarnami niebios” znudził mnie prędko. Następnie spodobały mi się „więzy krwi”, ale zaraz potem znów zniesmaczyła bardzo przeciętna „Ruda sfora”. Wychodzi na to, że autorka znacznie lepiej radzi sobie w wypadku krótkich form.

Mimo to jej najnowsza powieść zaintrygowała mnie. Nastąpiła tu wyraźna zmiana zmiana klimatu. Kossakowska porzuciła na chwilę przedziwny świat bardzo ludzkich aniołów na rzecz science-fiction. Zastanowiło mnie jak wyszedł ten eksperyment więc zgarnąłem książkę z bibliotecznej półki.

Kulinarne skojarzenia z pierwszego akapitu są jak najbardziej na miejscu z uwagi na to, że „Grillbar Galaktyka” to równie dużym stopniu powieść o kosmicznej przygodzie jak i właśnie o jedzeniu.

Główny bohater, Hermoso Madrid od dziecka marzył o tym żeby zostać znanym szefem kuchni i restauratorem. Po latach, dzięki wyrzeczeniom i ciężkiej pracy zostaje właścicielem jednej z najlepszych restauracji we Wszechświecie. Jednakże dla dla galaktycznych kucharzy nadchodzą ciężkie czasy. Coraz częścej słychać głosy krytyki pod adresem tradycyjnego jedzenia, które pewne środowiska chciałyby zastąpić syntetyczną pożywką. Koniec końców Hermoso musi się zmagać nie tylko z sanitarnymi kontrolerami, ale też i uciekać przed znacznie większym zagrożeniem. Bohater zostaje wrobiony w morderstwo i jak to zwykle bywa w tego rodzaju historiach próbując się oczyścić z zarzutów będzie miał szansę uratować przed zagładą nie tylko siebie, ale i całą galaktykę.

Jako powieść science-fiction „Grillbar Galaktyka” wypada całkiem fajnie. Autorka wykazała się sporą pomysłowością przy kreacji ras zamieszkujących światy będące miejscem akcji. Znajdą się wśród nich zarówno ożywione minerały i rośliny, istoty znane z różnych mitologii, inteligentne zwierzęta, czy przezabawne, tworzące wszechświatowy syndykat zbrodni pół inteligentne grzyby. Jedna z ras jest z kolei całkowitym i bezpardonowym obśmianiem… stylizacji mangowej. Tego się nie spodziewałem.

Wspomniałem, że jest to również powieść o jedzeniu. Pomysłowość autorki nie skończyła się na postaciach kosmitów. Można wręcz stwierdzić, że rozkwitła podwójnie w wypadku fikcyjnych przysmaków. Przez całą powieść przewijają się barwne opisy zdatnych do konsumpcji organizmów i przyrządzanych z nich dań. Kossakowska zaserwowała czytelnikowi prawdziwy przekrój przez kulinarne imperium wymyślonego przez siebie Wszechświata. Hermoso w czasie swojej odysei odwiedza nie tylko eleganckie lokale, ale też podrzędne bary i spelunki. Ów przekrój kulinarny odpowiada rzecz jasna również społecznemu. Dowiemy się jak w kosmosie jadają biedni i bogaci, ci pracowici i ci na których inni pracują. Świat „Grillbaru…” tętni życiem, jest barwny i przemyślany. W czasie lektury autentycznie byłem ciekaw co nowego spotka bohatera na kolejnej, odwiedzonej przez niego planecie.

Z założenia „Grillbar Galaktyka” jest również powieścią humorystyczną. Jako taka, również się sprawdza. Dowcip nie jest ciężki, czy wymuszony, a dialogi potrafią rozbawić. Nie jest to może śmiech pełną gębą jak wypadku lekkich opowiastek o Jakubie Wędrowyczu, ale daje radę. Jedyne co mi nie przypasowało to ilość nawiązań, a raczej ich wielka oczywistość. Kossakowska wyraźnie chciała tu sparodiować znane hity. Dostało się i „Alienom” i „Gwiezdnym Wojnom”, a wprawne oko na pewno wyśledzi kolejne. Problem w tym, że wydają się one mało subtelne, tak jakby autorka podczas pisania miała przy sobie kapowniczek i po kolei odznaczała kolejne tytuły, które pozostały do obśmiania. W momencie gdy bohater spotyka na swojej drodze niskiego, spiczastouchego kosmitę zamieszkującego chatkę na bagnach, byłem niebotycznie zdziwiony, gdy wspomniany nie zaczął przemawiać kalecząc przy tym prawidłowy ciąg zdania. Nie ma tutaj zwyczajnie żadnej zabawy z czytelnikiem, żadnego bardziej subtelnego puszczenia oka.

Na dodatek to całkiem smaczne danie zostało lekko zepsute niesmacznym sosem miałkiej i pośpiesznej końcówki. Gdzieś na sto stron przed końcem nic już nie było mnie w stanie zaskoczyć. Główny zły ujawnia się stanowczo za szybko i stanowczo za szybko pada. Cała intryga również wydaje się mało skomplikowana i każdy w duchu dobrze wie, że bohater jakkolwiek długo wzbrania się przed ratowaniem innym tyłków ostatecznie to zrobi. W dalszym ciągu męczy mnie również styl pisania Kossakowskiej, pełen infatylnych sformułowań i dialogów, które na pewno kojarzy każdy, kto kiedykolwiek miał styczność z twórczością tej pani.

Pytanie, czy warto sięgnąć po „Grillbar Galaktyka”? Owszem, warto. Nie jest to zła książka, wręcz przeciwnie, chyba najlepsza pióra Kossakowskiej. Jest takim polskim „Autostopem przez galaktykę”, brakowało mi trochę podobnej pozycji na polskim rynku wydawniczym. Jest momentami kliszowata, jest przewidywalna, a nawiązania do klasyki stanowczo nie są jej mocną stroną. Coś jednak do niej przyciąga i nie pozwala się oderwać od lektury, a przyrządzane na kartach powieści dania wydają się same chrupać i rozpływać w ustach. Wrażenie, jak dla mne niesamowite.

Polecam. I życzę smacznego!

Recenzja: Katawa Shoujo

 

I. Jak to się stało, że zagrałem w date sima?

Jeśli jest jakiś gatunek gier, których naprawdę nie potrafię zrozumieć to są to date simy. Przepraszam ewentualnych miłośników takich produkcji, ale ja po prostu za nic nie kapuję gdzie tutaj tkwi przyjemność z gry. Przeklikiwać tonę wirtualnego tekstu, podejmując raz na godzinę jakąś decyzję żeby na koniec dorwać się do paru średniej jakości hentajowych obrazków? Proszę was, jeśli będe miał ochotę pooglądać rysowane porno to wejdę na doujinmoe zamiast przejmować się pseudo fabułą…

Skąd zatem w ogóle ta notka? Czyżbym nagle zmienił się mój gust? Nie do końca. O Katawa Shoujo przeczytałem w kwietniowym CDA, gdzie poświęcono grze stronę w dziale „Gry Kontrowersyjne”. Widząc screeny z mangowymi panienkami i mając na uwadze parę przykładów dosyć… oryginalnych pomysłów zjadaczy sushi spodziewałem się jakiegoś naprawdę wild & crazy shit. Tymczasem po przeczytaniu artykułu… to dziwne, ale poczułem prawdziwą ochotę dać szansę tej niezależnej produkcji. Dziwiąc się samemu sobie ściągnąłem odpowiedni plik i zacząłem grać. Czy też raczej czytać i oglądać.

I to było… naprawdę przyjemne doświadczenie.

II. Inny świat

Na czym polega kontrowersja wokół Katawa Shoujo? Gra nie jest w żadnym wypadku brutalna, ociekająca seksem (acz sceny seksu tu wystepują), nie daje upustu najdzikszym i najdziwniejszym fetyszom, nie wyśmiewa żadnej religii i nie traktuje o zjadaniu kotów z majonezem. Dotyka po prostu tej strony naszego życia o którym niektórzy wciąż wstydzą się i nie potrafią mówić, mianowicie kontaktów z ludźmi niepełnosprawnymi.

Główny bohater, Hisao Nakai odkrywa pewnego dnia, że cierpi na arytmię. Prawda dociera do niego wybitnie brutalnie, chłopak przeżywa zawał serca. Po spędzeniu kilku miesięcy w szpitalu, w celu uzupełnienia zaległości, a także poddaniu dalszemu leczeniu, zostaje zapisany do specjalnej szkoły-szpitala, Yamaku Academy, przeznaczonej dla niepełnosprawnych uczniów. Niepewny siebie bohater wkracza w całkowicie dla siebie nowe środowisko, które początkowo, choć bardzo się stara, ciężko jest mu zrozumieć. Pozna tam masę nowych znajomych i prędko dotrze do niego, że szkolne życie wszędzie wygląda tak samo. Także to, wydawałoby się niezwykłe miejsce obfituje w intrygi, tworzenie klik i paczek i skomplikowane relacje, na przyjaźni poczynając, a nienawiści kończąc. Wreszcie przyjdzie mu, jak na date sima przystało, zbudować uczuciową relację między jedną z piątki dziewcząt: głuchoniemą Shizune, oszpeconą Hanako, niewidomą Lilly, pozbawioną nóg Emi i bezręką Rin.

III. “-Jeżeli nawet nie wspomnę o tym, co im dolega, to czuję się jakbym nie zauważał tego, że w pokoju siedzi słoń“
– Ten słoń usiądzie w pokoju tylko wtedy, kiedy ty go zaprosisz“

Czas mijał i mijał, a ja prawie tego nie zauważyłem skupiony na wirtualnych rozmowach z nieistniejącymi postaciami. Gdy wybiła dwunasta w nocy i usłyszałem pierwsze pomruki familli, że powininem iść spać… wziąłem ze sobą laptopa do łazienki. Puściłem wodę i udając, że się myję czytałem dalej. To dla mnie niepojęte. Co takiego tkwi w tej zwizualizowanej powieści, że nie można się od niej oderwać?

Zaskoczyły mnie postacie. Spodziewałem się typowo animcowego babińca skupionego wokół głownego bohatera haremówki. Wiecie, jedna głośna, wybuchowa, mająca większe jaja niż bohater, wiecznie tłukąca go po głowie. Druga, nieśmiała jak sarenka, jakająca się na widok obiektu uczuć etc. Gromadka z Katawa Shoujo wpisuje się nieco w ten schemat, ale o dziwo tutaj zachowanie się postaci jest dobrze umotywowane, a nawet jeśli jest trochę przerysowane to nie drażni, a wręcz ciekawi i potrafi zaskoczyć. Shizune np. czego raczej trudno się spodziewać po głuchoniemej osobie jest władcza, energiczna, pewna siebie, chłodna i lubiąca kierować innymi. Hanako wpisuje się w stereotyp „nieśmiałka”, ciężko jest jej nawiązywać nowe kontakty, jednakże nie jest to powodowane jedynie jej wyglądem. Z pozoru zawsze delikatna, spokojna, wręcz matkująca pozostałym Lilly potrafi też celnie dowalić i postawić twardo na swoim. Z kolei wesoła i pogodna Emi i bujająca w obłokach introwertyczka Rin odpowiadają za wprowadzenie do historii odrobiny humoru. Podobnie jedna z pobocznych postaci, sąsiad Hisao, Kenji, przedziwny, niedowidzący chłopak o aparacji Harry’ego Pottera wietrzący w szkole feministyczny spisek. Obsadę zamykają Misha, gadatliwa przyjaciółka Shizune pozostająca poza kręgiem romansowych możliwości, nauczyciel, opiekun klasy Hisao, szkolna bibliotekarka i sympatyczny pielęgniarz.

Kolejnym zaskoczeniem był dla mnie scenariusz. Gra była początkowo jedynie zamysłem, zbiorem przypadkowych szkiców, które ktoś wygrzebał i zaprezentował na 4chanie. Stopniowo zebrała się wokół tego grupa ludzi, którzy podłapali koncept i wspólnie stworzyli wzruszającą historię o ludziach radzących sobie ze swoją niedoskonałoscią.

Zaskoczyła mnie delikatność historii. Ci, którzy liczą na przeklikanie paru ścian tekstu i pośpieszne fapnięcie jedynie się tutaj zirytują. Tekstu jest naprawdę masa, a każdy wariant historii rzetelnie rozbudowany. Sceny erotyczne z kolei pojawiają się bardzo poźno i stanowczo nie są clue programu. Znaczy istnieją, jak najbardziej, ale nie jest to żaden wyuzdany seks, w zasadzie są wręcz… smutne.

IV. Inność

Pomyślmy przez chwilę, co czujecie natykając się na treści erotyczne z niepełnosprawnymi? Czy pierwszą waszą myślą jest, że jest to gorszące, nietaktowne? Że nie powinniśmy nawet o tym myśleć? Ale dlaczego? Dlatego, że ubliża to tym ludziom? W końcu to tylko ludzie, a każdy człowiek chce korzystać z życia, także w tym sensie. Traktowanie takich wątków jako niesmaczne jest niczym innym jak dodatkową formą dyksryminacji. Katawa Shoujo to opowieść o ludziach, którzy pomimo swych niedoskonałości chcą nie tylko istnieć. Chcą bawić się, kochać, po prostu żyć. W miarę rozwoju fabuły do głównego bohatera dociera, że zarówno on jak i jego nowi przyjaciele nie są definiowani przez własną ułomność. Definiuje ich sposób w jaki sobie z nią radzą. Dla wielu pewnie to nazbyt oczywiste przesłanie, ja jednak przyjąłem je z uśmiechem. Gdzieś tam w głębi duszy pozostała we mnie cząstka romantyka lubiącego szczęśliwe zakończenia. Choć oczywiście jesli ktoś ma taką fantazję każdy scenariusz może rozegrać także z neutralnym i złym zakończeniem. A te ostatnie potrafią zasmucić. Twórcy tej gry chcieli zagrać na emocjach i udało się im to.  W dodatku w dobrym guście. Tutaj naprawdę nie chodzi o wywołanie kontrowersji „bo można zaliczyć laskę bez nóg”. Tutaj albo się wsiąka w historię, albo idzie się zająć czymś innym.

V. I masz ochotę przewrocić kolejną stronę…

Powiedziałbym, gdyby Katawa Shoujo była prawdziwą ksiażką. W sumie jako taką najlepiej ją potraktować, bo ciężko jest ocenić ten produkt jako grę samą w sobie. Nie ma tu miejsca na gameplay, to się po prostu chłonie jak dobrą powieść. Czyta i ogląda. Od strony technicznej ta audiowizualna nowelka również nie wypada źle choć nie jest to jakieś mistrzostwo świata. Znajdzie się tu trochę naprawdę ładnych artów, trochę przeciętnych. Projekty postaci są ok, tła przypominają rozmyte fotografie, ale sumie spełniają w miarę dobrze swoją rolę. Muzyka dla odmiany z czasem zaczyna drażnić, tematów jest trochę za mało i szybko zaczynają się zapętlać. Na plus zaliczyć trzeba z kolei parę spajających historię krótkich, sympatycznych animacji, które wyglądają prawie profesjonalnie. Wszystkie dodatki, pokroju właśnie wspomnianych artów, filmików itp. można obejrzeć osobno w stosownej galerii. Nie powiem, do niektórych parę razy wracałem.

Tak samo jak planuję wrócić do samej gry. Póki trzy miesiące temu skończyłem w stu procentach jeden wariant historii. Kiedy nabiorę znów ochoty zamierzam poznać kolejne. Mnie się podobało i nie uważam tych paru godzin za czas stracony, acz nie wiem za bardzo komu tak naprawdę mógłbym ją polecić. Hardkorowy gracz, co to niejednemu kosmicie, orkowi, czy naziście urwał łeb przy samej dupie zapewne by mnie wyśmiał, a ludzie grający w date simy dobrze ją znają. Nie mniej jeśli ktoś, tak jak ja lubi pewne odmiany, oraz interaktywne powieści (a jest też i taki gatunek literacki!) może da grze szansę. Można ją pobrać stąd http://katawa-shoujo.com/

Recenzja: Tytus, Romek i A’tomek wśród Złodziei Marzeń

 

Moją obecną wielką miłość do komiksu zapoczątkowowały głównie dzieła europejskie, w tym polskie. Przez cały okres dzieciństwa olewałem raczej amerykańskich superbohaterów w lateksowych pantalonach zamiast nich skupiając się na przygodach Asterixa, Kajka i Kokosza, Kleksa tudzież Profesorka Nerwosolka. Szczególne miejsce w moim sercu zajmuje zwłaszcza sławna seria autorstwa Henryka „Papcia Chmiela” Chmielewskiego. Nie należę do fanów „Tytusa…” pierwszej generacji, albowiem w momencie gdy wydałem z siebie pierwszy krzyk, kultowy „Świat Młodych” w którym ukazywały się pierwsze odcinki przygód trójki harcerzy był już pieśnią przeszłości. Komiks odkryłem gdy przypadkiem trafiło w moje ręce jedno z późniejszych wydań zeszytowych. Od tego czasu skolekcjonowałem większość klasycznych odsłon oraz sporo z tych, wydanych już po roku 1999, które jednak już tak nie wciągały. Nie mniej jednak „Tytus, Romek i A’tomek” to ogromna część mego dzieciństwa, kupę tekstów i dialogów do dzisiaj znam niemal na pamięć, a specyficzny humor Chmielewskiego, oparty głównie na zabawie słowotwórstwem bawi mnie cały czas.

Stąd wielka byla moja radość gdy w 2002 roku na ekrany kin wszedł „Tytus, Romek i A’tomek i Złodzieje Marzeń” pierwsza pełnometrażowa animacja wykorzystująca postacie uczłowieczającego się szympansa i jego dwóch kumpli. Za reżyserię wziął się pan Leszek Gałysz, odpowiedzialny za rewelecyjną „Odwroconą Górę”, do tej pory najlepszy polski film i serial animowany. Ogromnie się wtedy ucieszyłem… i równie ogromnie zawiodłem. Jakkolwiek gust mój w owych czasach nie był może nad wyraz wyrafinowany, ale nawet pomimo tego czułem, że z filmem było coś nie tak, tyle, że wtedy nie umiałem ubrać tego we właściwe słowa. I zapewne nie przypomniałbym sobie znowu o tym małym, animacyjnym potworku, gdyby nie to, że parę dni temu przypadkiem natknąłem się na niego na YouTube. Z nudów rzuciłem ponownie okiem, krzywiąc się przy tym jeszcze bardziej niż dziewięć lat temu. Godzinę później podniosłem swoje oko z podłogi i mając głęboko w poważaniu to, że te parę lat temu recenzenci już raz słusznie film zgnoili, a widownia równie słusznie o nim zapomniała, uznałem, że dobrze by było spisać moje przemyślenia ku pamięci potomnych.

A także dlatego, że dobrze jest od czasu do czasu coś kompletnie zgnoić 😉

Historia jest całkowicie odautorska, nie mamy tu do czynienia z adaptacją żadnej z oryginalnych tytusowych historii. Oto zły Książę Saligia, władca planety Transformacji, z pomocą hord tytułowych Złodziei Marzeń kradnie swym poddanym marzenia i przerabia je na reklamy. Któregoś dnia połakamia się na marzenie Tytusa i zaraża go straszliwą chorobą, Reklamicą-Otumanicą zwiększająca podatność na reklamy. Romek i A’tomek chcąc pomóc przyjacielowi znaleść lekarstwo na Reklamicę proszą o pomoc prof. T.Alenta. Ostatecznie cała trójka trafia na obcą planetę na której przyjdzie im się zmierzyć z Saligią i Złodziejami Marzeń…

Gdy streszczałem fabułę w powyższym fragmencie zgrzytałem zębami tak mocno i tak często, że teraz będę chyba musiał przyswajać pokarmy przez słomkę. Tak, nawet teraz ciężko mi o tym mysleć. Ujawniła się największa wada tego filmu, wada kładąca od razu cały koncept i odrzucająca od niego w przedbiegach. Kamień u szyi topielca, strzał w czoło i rzucenie mrówkom na pożarcie jednocześnie. Mianowicie… FATALNY scenariusz!

Komiksy z Tytusem, Romkiem i A’tomkiem miały to do siebie, że nadawały się zarówno dla dzieci jak i starszego czytelnika. Gwarantował to poziom humoru i liczne nawiązania, a także drobne walory edukacyjne (słynne bawiąc-uczy, ucząc-bawi). Film Gałysza kierowany był tymczasem wyłącznie do dzieci. No bo serio, kto z dojrzałych, oldschoolowych fanów serii podjarał się zapodaną wyżej infantylną fabułką? Banalne „pokonać wielkie zło i wszyscy będą żyć długo i szczęśliwie”. Gdzie tutaj miejsce na charakterystyczny, lekko abstrakcyjny humor, postacie, wydarzenia? Odpowiedź – jest tu tego tyle co legalnie pozyskanych komórek na bazarze.

Podczas oglądania wyraźnie da się wyczuć, że ktoś tu starał się wykreowac bohaterów wiernych oryginalnej wizji, ale coś zdecydowanie nie wyszło. Tytułowa trójka ledwo co kojarzy się z papierowymi pierwozorami. Zabrakło wszystkiego co najwazniejsze, przekomarzanek między Tytusem i Romkiem, wymądrzania się A’toma. Sam Tytus irytuje głupotą i bezustannym darciem mordy. W komiksach był rozbrykany i wiecznie niepoważny, ale na pewno nie budził w odbiorcy chęci permanentnego uciszenia go za pomocą rozgrzanej lutownicy. Romek i Atomek zaliczaja parę kwestii gdzieś na początku historii. Później zmieniają się w parę zombie i w zasadzie aż do wielkiego finału można zapomnieć, że w tytule filmu wymienione zostały trzy postacie. Prof. T.Alent pojawia się jakieś trzy razy. W tle przewija się jeszcze postać dobrej czarodziejki, Grubej Książki, która nie wnosi do historii kompletnie nic. Główny zły, z początku sprawiający nawet pozytywne wrażenie okazuje się jakąś pipą, którą w szkole nazywali maminsynkiem i to tak wpłynęło na jego życie, że przeszedł na ciemną stronę mocy. Ale koniec końców wraca na jasną, no bo przecież tak na tym, jak i innym świecie nie ma w ogóle złych ludzi, są tylko dręczeni i nie dręczeni w szkole… I jeszcze to finałowe zaklęcie/hasło/whatever „Niech miłość i dobro uwolnią marzenia!” Noż co to ma kuźwa być? Tytus, czy Troskliwe Misie? Ten tekst do dzisiaj dręczy mnie gorzej niż słynne „NOOOOOO!” Vadera w Revenge of The Shit.

A najgorsze jest to, że twórcy okazują się kompletni niekonsekwentni odnośnie najważniejszego przesłania filmu: krytyki konsumpcjonizmu, reklam jako takich i bezmyślnego zawierzania im. Paradoksalnie bowiem bohaterowie przez pierwszą połowę filmu poruszają się pojazdem… z logo KFC. Później, chyba celem uzyskania symbolicznego efektu reklama smażonego drobiu zostaje zastąpiona wielką książką. Ale w ostatniej scenie bohaterowie decyduja się nakręcić własną reklamę… Ja przepraszam, ale WTF? O co tutaj chodzi? No to w końcu reklamy, komercha itd. są złe, czy nie? Może jakieś jasne stanowisko, to w końcu film dla dzieci? I czemu akurat KFC? Błagam, „Ulisses” Joyce’a był prostszy w interpretacji…

Nie mogę nic zarzucić szacie graficznej filmu. Zgoda, jest prosta, pozbawiona nie wiadomo jakich pieszczących zmysł wzroku bajerów, ot styl „Bolka i Lolka”, każdy kto oglądał kiedyś jakikolwiek polski film animowany wie o co chodzi. Można narzekać, że to nie te czasy, ale tak naprawdę taki styl pasuje do opowieści o bohaterach Chmielewskiego. Komiksy Papcia Chmiela nie reprezentowały sobą ponadprzeciętnego poziomu jeśli chodzi o rysunki (co wcale nie znaczy, że Papcio nie umie rysować!). Były proste, acz sympatyczne i dopracowane, sporo plansz zapadło mi w pamięć. Tak też wyglądają „Złodzieje Marzeń”, jak puszczony w ruch komiks Papcia i chwała im za to. Bohaterowie wystarczająco przypominają swe pierwowzory, pomijając jedynie zbyt jasną sierść Tytusa. Również do dubbingu nie mogę się przyczepić. Panowie Kondrat, Malajkat i Gąsowski jako tytułowi bohaterowie spisali się nadzwyczaj dobrze. Świetnie też wypadł Andrzej Chyra jako Saligia. W zasadzie tylko dzięki niemu przez moment miałem wrażenie, że to może być niezły film. Muzyki praktycznie nie odnotowałem, ale przewodni kawałek „Omal nie pękła mi łepetyna” jest zaskakująco dobry i wpada w ucho.

Niestety pozytywne wrażenia audio-wizualne nie poprawiają ogólnego wrażenia. „Tytus, Romek i A’tomek wśród Złodziei Marzeń” to obraz zwyczajnie słaby, nudny, nieporywający, tragicznie infantylny. Powstał kompletnie dla nikogo. Starzy fani zgodnie go odrzucili, ponieważ nie ma w nim nic co by ich mogło zainteresować. Czy zainteresował dzieci? Spytajcie jaiegoś małego bąbla, czy go kojarzy? Śmiem wątpić… Krótko mówiąc, wielki zawód i perfekcyjny przykład zmarnowanego potencjału.

Post Navigation